• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

S. Pieniężny/Kuba spod Wartemborka

Kuba spod Wartemborka

„Gazeta Olsztyńska" nr 1 — czwartek, 1 stycznia 1925 roku

Kochane Czytelniczki i Czytelnicy!
Co wyśta sobzie myśleli, gdyśta tak długo nie zidzieli moji psiankny gamby i nie słuchali mojego mądrego godania. Niejedni z Waju pewnie myśleli, że pan Kuba himer, drudzy pewnie, że sia łobabziuł, a znowu drudzy, że mnie Maksek zwojował. Kto tak myśloł, nie zgot. Po tych welunkach, cośta tak okrutnie fest spali albo siedzieli u matki za szorcam, grabnół mnie jod i wyjechałem aroplanem do tych Ryfów, co mieszkają w Maroku, aby im pomóc w wojnie z Hiszpanami. To so całkiem insze ludzie, łoni przynojmniej ziedzą, co chcą. Hiszpanów mocno zbzili, tak że nieboraki na łosiolkach, laufszrit marsz, marsz, musieli rejterować. Strasznie sia na Waju rozjadoziulem i przyrzekam sobzie w duchu, że już nic do Waju psisać nie banda! Dlaczego wyśta wciurcy nie poszli welować? Toć jo tak mocno prosiułem i rozmaziałem, żebyśta wasza sztyma łoddali na numer psiantnasty, a tu jęk dostałem telegram ło wyniku wyboru, to mi aż w gambie łustalo. „Na nic moje gadanie, na nic moje redy — myślą sobzie — lepsi dom sia na pokój i banda robziuł tak, jek bym siedzioł łu matki za psiecam". Aż tu po welunkach przychodzo do mnie ludzie i łopoziedujo, że w Jonsdorsie nie poszło welować 100 ludzi, w Mokinach sto zostało łu matulki, w Gietrzwałdzie, w Purdzie, w Dajtkach i drugich zioskach to samo. Ludziska bodaj sia pomanczyli po tak czajstych welunkach! Prosili ma też: „Kubolku kochany jeno psisz, łoni sia na drugi roz naprazio!" Ale jo sia łuperłem i mózia nie! Jo musza Woju łobsztrófować.

I tak sia też stało. Bułem łu tych Ryfów w Afryce i dobrze mi sia miało. Jek te Ryfy zidzieli, że Hiszpanie łuciekajo, chcieli mnie łobwołać królem, jeno że mniołem sia zaro łobabzić, bo łoni chcieli też królowe. Zol mi buło mojego stanu kawalirskiego i chociaż tam byli szykowne dziewczaki, to jednak psianknie im podziankowołem za ta łaska i wyjechołem na gody... pod Wartemborkiem. W domu leżało gwołt listków. Łod frajlin, bziałków, chłopów i łod pana redaktora. Wciórcy mocno mnie proszo, żebym znowu godoł. Nie godołbym do Waju już ani razu, gdyby nie buł pon redaktor tak łokrutnie prosiuł i przypominoł, że to „dla dobra sprawy" itd. Jo zawsze móziułem, że jek z musam to wola już frajwolnie. I tak godom dzisiaj do Waju po blisko 4 tygodniach po roz psierszy. Winszuja Woma, żeśta szwanta dobrze przeżyli, że Woma gwiozdór włożuł wszystko, cośta sobzie winszowali, żeśta wszystka sznaptucha, cośta sobzie kupsili, wypsili i żeśta sia nie rozchorowali łod tych kaczków, gulonów, gajsi i wosztów, cośta przez tyk świąt zjedli. Dlo mnie gwiozdór buł trocha skompy, bo móziuł, że worek z psieniandzmi łobłożuł mu finanzamt aresztem i że mi nic nie może dać. Za to łuroczułam sia rumam i cygarami, co mi pon redaktor przysłali na zachenta. Pon redaktor znoją sia na rzeczy i wiedzo najlepsi, jek to sia człozieka poprosi.
Musza Woma poziedać, że chocam sia z tych welunków najadoziuł, to jenak tyle sia nienaśmiołam, jek przed welunkami a osoblizie z wiców, które fabrykował mój froint i kupfersztecher Maksek łod hejmadienstu w swojich „Nachrichtach". Pewnie dostał dobrze na łapa, że mók dać wydrukować te blaciki i dać je rozdawać przez szulmistrzów. Choć on mo jeno gluzda w głozie, to jek mu jego staro droszka doleje serwetki i dobrze pomieszo, to mu sia czasem łudo co sklejić. W numerze draj od tych nachrychtów znowu mnie fajn łodmalował, a na drugi stronie namalował jeszcze chałupa ze szennem na dachu i durami w ścianach. Musita ziedzieć, że Maksek ibuje sia tero i w mularce. Buduje łon tyjater mniemniecki w Łolstynie, a jek łon tam para tysiancy zbzierze, to pobuduje na drugi stronie łod tego tyjatru, tam gdzie tero stoji ten stary kryger willa, tak jek jo zidzita w tych „Nachrychtach". A zieta, na co łon sobzie zostazi te dury w ścianie i dachu? Na to, żeby buł luft i żeby jego bziałka nie łumerła łod tych syrów. Psies może łod takiego smrodu dostać kromfy, a co dopsiero człoziek. Cychunek łod tego „szlosu" na pewno pochodzi z Brandenburgii, nie z Polski. Maksku, ty mnie nie obmachlujesz?

Ale przepraszam! Jek powróciulem z Afryki, doziedziołem sia, że most kojński został załatany. Czy to stało sia dlatego, że ministry kojńskie przeczytali moje godanie, czy też pon landrat dół im winka, nie ziam. Grunt, że sia stało. A tero moji kochani winszują woma, żebyśta sia w tym nowym roku na pewno naprazili i nie robzili ma tyle kłopotu. Czytojta też mocno nasza gazeta, która chce tyło naszego dobra i prowadzi noju na rychtyczna droga, a zobaczyta, że łu noju niejedno da sia jeszcze naprazić. Jeno nie spuszczać nosa i czekać, aż psieczone gołombki same przyleco do gombki. Zdrowego i szczanśliwego Nowego Roku i wciórkiego dobrego winszuje woma.
Kuba spod Wartemborka

„Gazeta Olsztyńska" nr 150—sobota, 30 kwietnia 1928 roku

W tych dniach byłem w Olsztynie i przy tej okazji odwiedziłem pana redaktora. Chciałem odebrać od niego moje myto, no i pogadać o dalszej pracy politycznej. Pan redaktor siedział bardzo zafrasowany przy swoim biurku i nie wiedziałem początkowo czy jest przemęczony pracą, czy też odpoczywa po jakiejś uroczystości. Po kilkakrotnym dopytywaniu i naleganiu powiedział mi pan redaktor tak:
— Mój Kochany Panie Kubo! Chcą naju wywalić!
— Kogo i kto? — pytam się przerażony. — Czy pana redaktora chcą wylać do Polski?
— To wprawdzie nie, ale miasto chce naszą chałupę kupić i obalić, aby powiększyć rynek.
— No to co, dostanie pan redaktor inną chałupę i dobrze! Na to pan redaktor jął się żalić, że takiego drugiego położenia w mieście nie znajdzie, bo tutaj okolony jest w dni targowe śledziami, jajkami, masłem, rybami i innemi smakołykami. Gdy człek na ten przykład przyjdzie „zakatarzony" do pracy — kupi sobie za 5 fenigów śledzia, opłucze pod wodociągiem i zje, albo gdy się ma apetyt na jajecznicę, kupuje się jaj i masło, kładzie na patelnię itd. Piwka kupić można w restauracji „Zum Franziskaner". Jeżeli nas teraz wygonią gdzieś pod mały banhof albo na Georg Zuelch-Platz, to pozbędziemy się tych przyjemności.
— A czy miasto nie ma dla pana redaktora innego miejsca?
— Owszem panie Kubo! Zgłosiliśmy się po plac przy Rynku Remontowym, na którym chcieliśmy wybudować chałupę dla „Gazety". Ojczulkowie miasta chcieli bodaj się już zgodzić, ale jeden pan, którym nazwano ulicę przed budującym się dekmalem absztymunkowym — Sauerstrasse, a dawniejszy staw browarowy przechrzczono na Sauerteich, oświadczyć miał, że nowy dom „Gazety Olsztyńskiej" zastawiałby kościół św. Jakuba i zeszpeciłby Rynek Remontowy. Już raz trafił nas ten zarzut. Gdyśmy swego czasu powiesili na naszym korabie tablice z napisem „Gazeta Olsztyńska", którą malarz w natchnieniu nacjonalistycznym wymalował w kolorach wajs-rot, magistrat zaprotestował. Kolorami temi zeszpeciliśmy podobno widok miasta (das Stadtbild in groeblicher weise verunstaltet) i musieliśmy kolor biały zmienić na żółty.
— Łokropności, panie redaktorze! — zakrzyknąłem. Gdzie tu jest ta osławiona wolność pruska? Ale w ostatnim wypadku nie miał pan racji. Żyjemy w republice, więc burmistrz i ojczulkowie miasta jako znani republikanie dbać musieli o to, żeby jak najmniej widać było tych brzydkich wilhelmowych kolorów. Potem pocieszyłem pana redaktora i poprosiłem go, żeby poszedł ze mną na przechadzkę, niby szukać nowego lokalu dla „Gazety", a w rzeczywistości chciałem go zaprowadzić na inne myślenie. Gdy tak całe miasto przeszliśmy, skierowaliśmy nasze kroki pod Jakubowo. Tam podziwiałem plac Cylcha, Sauerteich, Sauerstrasse i dekmal apsztymunkowy. Chcieli dla miasta Olsztyna coś zrobić — etwas noch nie dagewesenes — wybudowali wiec na planu Cylcha wodotrysk świetlny. Cała budowa oświetlenia jest charakterystyczna dla osławionej w świecie tandety niemieckiej. Tak samo pomnik absztymunkowy, w którym napisano „Wir bleiben deutsch". Każdy Ruchacz Pokrzywiński czy inny Worgitzki może sobie przed tym pomnikiem przypomnieć swoją narodowość, gdyby go czasem pamięć opuściła. Gdyśmy te wszystkie „piękności" zobaczyli, poszliśmy na "jednego" do Jakubowa. Tutaj pan redaktor odzyskał swobodę i fantazję, opowiedział mi dowcip o Stefiku i Marynie, potem gadaliśmy o przyszłej pracy politycznej i dyplomatycznej, spędzając kilka miłych godzin.
Kuba spod Wartemborka


„Gazeta Olsztyńska" nr 41 — wtorek, 19 lutego 1929 roku

Moi Złoci! Strasznie mi markotno, że tak długo do Waju pisać nie mogłem. Nie moja jednak jest w tym wina, lecz przeszkodę odgrywa „vis major" czyli siła wyższa, którą jest mróz. Obiecałem Wam, że po teatrze w Olsztynie do Was napiszę. Więc chociaż już dwa tygodnie minęły, chce zło naprawić. Byłem w tej „Concordiji" i obejrzałem sobie ten tejater. Pomimo mrozu przybyło bardzo dużo ludzi, tak że pan Biegała otworzyć musiał dużą bramę. Amatorzy odegrali swoje role lepiej jak aktorzy niemieccy z trojdanku 3. Nie będę tutaj nikogo wyróżniał, tylko powiem „Bóg zapłać" za tę ucztę duchową. Jeno ten obżarty Fryc mi się nie spodobał. Chodził on z gnatem w ręku, jak gdyby chciał jeść na zapas. Pewnie miał strach postu. Po przedstawieniu była fest zabawa. Tańczyłem w lewo i w prawo prawie z wszystkimi frajlenami. Najgorzej było, gdy wróciłem do domu. Od „podpierania ściany" zrobiło mi się słabo. Idąc więc z Wartemborka do Łapki zmarzły mi uchole, zaschło gardło i gdy przybyłem do domu byłem prawie nieżywy.

Na drugi dzień ani rusz, ani ręką, ani nogą ruszyć nie mogę. Z gardła głos się wydobywa. Jeno patrzałem w pułap jak konające ciele. Gospodyni ręce załamuje, gospodarz klnie, bo zachciało mu się draszować — i stał się rwetes jak na jarmarku. Pierwsza odzyskała równowagę gospodyni. Posłała do Wartemborka po doktora. Ten oklepał mnie, obmacał, spojrzał do gęby i powiada — grypa.

Leczyli mnie więc na tę grypę aspiryną, rumienkiem, rumem i arakiem. Zdaje mi się, że ostatnie dwie medycyny najlepiej mi poskutkowały. Za trzy dni ruszyłem lewą nogą, za pięć dni prawą, a po dziesięciu rękami i nogami. Za późno pomniarkowałem się, że poruszyłem się za prędko. Bo jak tylko gospodyni spostrzegli, że żywot mi się naprawia, zaraz poczęli przyniewalać mnie do roboty. Wstałem więc i jako pierwsze co zrobiłem, to piszę do Waju. Z tym mrozem jest brzydka sprawa. Był u mego gospodarza handlarz, który chciał kupić prosiaka. Gadu, gadu stary dziadu. Od handlu i prosiaka temat zeszedł na mróz, a rzeźnik członek heimatdienstu — zaczął opowiadać, że to Polska jest temu winna, iż taki mróz ściągnął do dajczlandu. Słysząc takie mądrości aż mi ręka zaczęła świerzbić, lecz byłem cicho i słuchałem dalej: Ja, ja5 powiada ów handlarz, die Polacken haben den Frost angehalten un schiekenen nur bei uns. Co ma znaczyć, że Polacy wstrzymali mróz najprzód u siebie (pewnie wpakowali go do worka) i teraz puścili na Vaterland. Wszystkie porty i rzeki zamarzły, jeno w Gdyni bodaj lodu nie ma. W ogóle ci Polacy to straszny naród. Bodaj szkoły mają oni dostać w Ostprojsach, a jak wszystkie dzieci będą musiały mówić i pisać po polsku, to już na pewno faterland zginie. Gdy się tak nagadał, znów zaczął się domawiać o prosiaka. Ja mrugnąłem na gospodarza, że ma dać spokój. Usłuchał mnie, lecz wtenczas ów handlarz (mnie się zdaje, że to był agentator) zaczął opowiadać, że jeszcze dziś gospodarz dobrze sprzedać może, dziś da mu jeszcze 50 marek za centnar. Jak dopiero przyjdą świnie z Polski, to centnar będzie kosztował tylko 25 marek. Gdy jednak gospodarz nie dał się skusić, poszedł ów powsinoga, odwitując się pięknie: „Ir seit och solche Polacken". Grabnąłem za kloc, lecz był on już za drzwiami. Moja gospodyni znów powiada, że mróz to kara Boża dla tych niewiast, które chodzą w spódniczkach ponad kolana, w jedwabnych pończochach i gołych szyjach. Mróz ma je nauczyć rozumu, żeby się cieplej ubierały, jak nie przymierzając nasze babki. Ja w tej kwestji głosu nie zabiorę, żeby sobie nie sparzyć nosa. Pan redaktor telegrafują mi, że ojczulkowie miasta zgodzili się na zakup budynku, w którym jest drukarnia i redakcja „Gazety" i że tam pozostanie dalej mieszkać. Mądrze zrobili ojczulkowie miasta Olsztyna, bo przecież "Gazecie" tam dobrze. Położona w centrum miasta, otoczona targami na masło, jajka, kokoszę, śledzie i ryby. Do restauracji i po papierosy niedaleko.
— Kto Waju skusił, panie redaktorze, iść tam gdzieś do małego banofu lub też na Rynek Remontowy? Siedźcie, gdzie Wam dobrze, a nie szukajcie piernika, jeżeli macie cołtę. Jak przyjadę do Olsztyna, to zresztą nad tą sprawą pogadamy. Dostałem zaproszenie na zjazd Ligi Narodów, który odbyć się ma w marcu w Genewie. Będą tam omawiane bardzo ważne sprawy, dotyczące mienowicie mniejszości narodowych. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to jeśli mróz nie popuści, wyjadę. Niektórzy astrolodzy prorokują, że będziemy mieli mrozy do połowy marca. Gdy jednak nastąpi odwilż, muszę zostać w domu i pilnować gospodarki. Zobaczymy, co nam pogoda przyniesie. Do tego czasu odwituje się z Wami
Kuba spod Wartemborka

roc

Share