• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

Tamara Bołdak-Janowska - Chodźmy, generale! cz.1

Warmia i Mazury, nr 5/2001, Chodźmy, generale!

Polemiki o literaturze Warmii i Mazur ciąg dalszy.

Podoba mi się trzecia noga generała Piesca, wymyślonego przez Stefana Themersona, zawarta pomiędzy dwiema oklepanymi nogami. Pójdę nią.
Powiedzmy, każda noga to głowa, czyli generał pełny.

Pójdę nią, girą trzecią, czyli generałem pełnym, przez literacki Olsztyn, żeby jednak dojść do tego szczegółu, muszę liznąć sytuacji literackiej i okołoliterackiej Polski, Europy i świata. Sądzę, że to konieczne - ogląd całości organizmu. W tym „wstępie" niech mi poezja posłuży za punkt odniesienia, ale nie olsztyńska - tak proponuję.
Poezja, bo to w niej jak w soczewce skupia się literacka choroba i literackie zdrowie.
W prozę - w wielką watę - zanurzę się na samym końcu. Chodźmy, generale.

 

1. „TA PIETA TA PIETA TA PIETA"
Poezja jest dzieckiem swego Miejsca i swego Czasu. Prawda, zwykła wchodzić w obszary ludzkiego charakteru, takie same od wieków w istocie. Ale ten „ponadczas", charakter ludzki, otaczają zmieniające się rekwizyty. To ta zmienność (trupiarnienie) rekwizytów czyni stare poezje w końcu niezrozumiałymi.
U Różewicza w poemacie „Et in Arcadia ego" (w II jego części, w „Blocco per note") jest taki fragment:

(...) Spotkałem wczoraj znajomego
z Warszawy
to było piękne jak
„przypadkowe spotkanie na stole
sekcyjnym maszyny do szycia
z parasolem"
ta pieta ta pieta ta pieta
Pieta di Michelangelo
czy ta pieta ta pieta ta pieta
to oryginał z oryginalnego marmuru
ależ naturalnie (...)

Data powstania utworu: 1960 - 1961. Wtedy jeszcze szeroko używano nożnych maszyn do szycia, singerów, trajkoczących - „ta pieta ta pieta ta pieta".

W poemacie maszyną tą jest przyjaciel ja lirycznego, trajkoczący o piecie, o piecie, o piecie - o dziele sztuki, wspaniałej tej piecie, tej piecie, tej piecie Michała Anioła. Ja liryczne broni się przed tym trajkotaniem jako „parasol". Miąższ poetycki jest tu wybitny - słowo słyszymy, widzimy, słowem tym uśmiechamy się. To znaczy, słyszymy, widzimy, uśmiechamy się, jeśli jesteśmy dobrymi znajomymi nożnej maszyny do szycia, marki Singer. Ja ją jeszcze pamiętam, ja ją jeszcze słyszę, widzę... Jednak oczy i uszy kogoś bardzo młodego pozostaną obojętne, bowiem już nikt nie używa nożnych singerów. Stary dźwięk, wklęty w słowa „ta pieta ta pieta ta pieta", przeminął.
Rekwizyty nas otaczające zmieniają się coraz błyskawiczniej. Tymczasem poezja jest naszym żółwiem. (W każdym razie - czymś powolnym). Tadeusz Nowak o poecie: „Chodzi po świecie, nie-współczesny, jak dorożkarski koń" (wiersz pt. „Portret". Ja - pozostanę przy żółwiu).

Jest więc żółwiem poezja - niespiesznie bada swój Czas i swoje Miejsce i całą tu rekwizytornię.
Musi tak, bo inaczej przegapi - wszystko. Wszystko, to znaczy, Ten Czas, To Miejsce. Nawet jeśli sięga przeszłości lub wybiega w przyszłość, to musi uwzględnić rekwizytornię Tej Chwili, Tego Miejsca.
Musi jeść, wąchać, oglądać, oglądać uchem Tę Chwilę, To Miejsce, inaczej będzie ślepa, głucha, nijaka.
I jest ślepa, głucha, nijaka, autorzy bowiem załamani szybkim trupiarnieniem rekwizytów (zwłaszcza maszyny - w szerokim sensie, wciąż nowocześniejącej) - zajęli się szybkim zapisywaniem szybkich chwil bez znaczenia - z punktu widzenia „podróżnika", któremu wszystko jawi się w niewyraźnych smugach, nawet własny obiad i drzewo za oknem. Szybko! - oto hasło. Nie ma miejsca dla naszego żółwia. Fotel, krzesło, kanapa nabierają atrybutów szybkiego auta, pociągu ekspresowego, samolotu. Szybciej! Siedzimy, a pędzimy... Żółw mutuje się w talerz anteny satelitarnej, wbiera w siebie mnóstwo informacji i tym żyje. Albo zlepia się w jedno z komputerem i jest jak człowiek-mucha z filmu „Mucha".

I żyje - mutant - myślowym stereotypem - życie informacją zabija wyobraźnię, wrażliwość i myślenie.
Stare żółwie (nazwą tą obejmę raz poezję, raz poetę - są przecież jednią) - niespiesznie smakując swój Czas i swoje Miejsce, nie zapominały o nasycaniu utworów pogłębioną i stale pogłębianą znajomością życia. Mutanty - rozleniwiły się z powodu poddaństwa względem pani Informacji. Utwory stały się zbiornikami informacji - jakby na zasadzie analogii: informacje wzbieram - informacjami - jako formą - piszę. (Tam, gdzie Różewicz smakuje rekwizyt splątany „ze znajomym z Warszawy", dziś mamy zapis czysto informacyjny: spotkałem znajomego, pogadaliśmy, usłyszałem od niego coś o jakiejś piecie..., właśnie. Pojawi się słowo „jakiś" we wszystkich rodzajach i przypadkach. Autorzy już nie są „zasłuchani")...

Coś jeszcze. Z innego punktu widzenia. Dotychczas ja liryczne (i pisarskie) bywało „szlemielem", pariasem, podejrzanym osobnikiem (literacki Charlie Chaplin), człowiekiem dobrej woli. Tak to zarysowała Hannah Arendt, opowiadając Żyda, ale zarazem każdego, kto walczył o godne ziemskie obywatelstwo.

Dodajmy tu innych: błazna, mędrca, patriotę, macho z płcią żeńską w dalekim tle, bojownika o wolność i niepodległość, „jidisze marne" i matkę-Polkę, kobietę potakującą życiu i kobietę - „wyćwiczoną sukę", ideologa i teoretyka świeckiego i ideologa i teoretyka Boga.

Otóż dziś wyczerpały się już wszystkie stare poetyckie (i pisarskie) postawy, bowiem człowiek dzisiejszy nie jest w stanie sprostać wymogom życia, bez względu na płeć, wiek, skłonności ideologiczno-teoretyzujące, stopień utalentowania. Rozpacz, a nie twórczość stoi pośrodku świata. Psychika ludzka nie jest w stanie żyć w zgodzie z maszyną, nowocześniejącą z minuty na minutę - nie jest w stanie bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym przyjmować nadmiernie zmiennego tła wokół siebie, jeszcze w dodatku napstrzonego nadmierną informacyjnością. (w jednym życiorysie wajcha, patefon, komputer, rakieta i - ple, ple, ple-ple, ple, ple - i rosnący strach przed człowiekiem-cyborgiem - i strach przed maszyną jutra). I nie jest w stanie sprostać przeludnieniu Ziemi (wczoraj byłeś indywiduum, dziś jesteś masą - będziesz masą w masie). I nie jest w stanie sprostać degeneracji Ziemi (był las, był w lesie cmentarz przodków, dziś masz tam śmierdzące wysypisko). I jest ciasno, jest duszno, jest uchodźczo, bezdomnie, głodno, bezmyślnie, manipulacyjnie.

Ekolodzy głoszą pogląd (poważny, zrozpaczony, antyludzki), że należy uśmiercić - „wszystko jedno jak" - dwa i pół miliarda ludzi, aby „reszta mogła przeżyć"; politycy coraz śmielej wyznają: „lepsza wojna - wszystko jedno gdzie, niż nasz kryzys gospodarczy" (przytaczam dwa dosłowne cytaty, wyjęte z ust Szwedów i Amerykanów. Czy to się komu podoba, czy nie, to te dwie „myśli" wyznaczają nam przyszłościowy kierunek działań „naszej ludzkości"). Coraz częściej człowiek szepcze bezradnie: to nie mój dom, ta moja ojczyzna, ta moja planeta Ziemia.

W całej Europie może jeszcze skromny tomik G. Grassa pt. „Dwanaście sonetów" pokonuje żółwia i żółwia mutanta (w moim sensie), depcząc intelektualnie jałową informacyjność, apatię w zmiennym i zagęszczonym tle, wszechludzką rozpacz, a i polityków.

Polska poezja - wejdźmy tu głębiej w rzecz - i znowu zmieńmy nieco punkt widzenia - jest beznadziejnie prowincjonalna - boi się działania o imieniu Sprostanie. Rzeczywistość przerasta polskiego poetę. Mówię „poetę", ale nie wiem, czy jeszcze ktoś taki istnieje. Bowiem został on zastąpiony przez piszącą masę (produkcja tzw. poezji masowej) i przez literackiego VIP-a. (Mowa o linii generalnej, nie o wyjątkach). Powiedzmy, każdy jest poetą. I, powiedzmy, pośród tej każdości drzemie myślą zadowolony z siebie VIP.

Słowo jest traktowane albo jako masowy środek terapeutyczny, mający chronić jednostkę przed „zwariowaniem od strasznego życia", albo jako środek do kariery medialnej i finansowej. W obu razach - traci suwerenność, staje się tandetne, błahe. Autolamentacyjne lub koniunkturalne (dla forsy sprzedaję moją miłość i moją nienawiść). Stare żółwie błogo odpoczywają „po przebytej karierze", nowe żółwie - przebojowe mutanty - cenią bardziej dojścia do żłobów i mediów, niż poziom własnych dzieł (VIP-a naszego tworzy drzemka i przebojowość koniunkturalna).

Poeta masowy zaś to kolosalny quasi-żółw, kolosalny grafoman (mieści się tu tzw. polonistyczna nudna poprawność).

Wszystkim naszym żółwio- i quasi-żółwiom sekundują dętymi zachwytami otępiali, wręcz głupi krytycy - degeneracje biorą za nowe postawy literackie. (Poniecham lania przykładami, już je lałam, nie wzbudzając polemik).

Coś jeszcze. Wraz z upadkiem komunizmów upadły (lub upadają) wszystkie stare dobre zachodnie demokracje - a ta sytuacja również dobija wszystkie stare postawy literackie, znowu czy się to komu podoba, czy nie. Mamy okres wyczekiwania na nowy ogólnoziemski ustrój. Nikt - nigdzie na świecie w tej chwili nie jest zdolny do wynalezienia nowych postaw literackich. Nie wiemy albowiem, jakie będzie jutro. Lęk o jutro, a nie twórczość, stoi pośrodku świata. Każda twórczość zdaje się być - i jest - mniejsza od tego lęku. (Postawa lęku w twórczości jest nie do przyjęcia - autor staje się wtedy wobec słownika jako pacjent bezsilny). Podstawą naszej cywilizacji jest książka - a nie wiemy, czy przetrwa (media, polityka, urzędy - to zajął nieczytelnik, traktujący książkę jako anachronizm). Podstawą cywilizacji całego globu była dotąd Europa jako fakt kulturowy, a nazbyt wiele zaistniało chęci do przekręcenia Europy w fakt towarowo-gospodarczy (i tylko).

Dalej. Polska nie przeżyła własnego postmodernizmu (przewartościowań własnych problemów, idei) - nasi postmoderniści upajają się problemami z innych kontynentów - najchętniej problemami kontynentu zza „wielkiej kałuży", niby kolonialni tubylcy, którym spieszno dopasować się do metropolii (wypindrzyła nam się poetyka brulionowa i postbrulionowa).

Znowu zmieńmy nieco punkt widzenia. Postmoderna światowa zdążyła zakwestionować stare postawy literackie, nim utkwiła w pustym miejscu z pytaniem - co dalej? Dobrze. Tak właśnie jest. Wszyscy to wiedzą, autorzy i czytelnicy. Ale musimy też wiedzieć, że to zakwestionowanie nie wzięło się z czyjejś próżnej fanaberii. Zakwestionowano wszystko, co dotąd kreowało człowieka w relacjach „kat - ofiara", „pan - niewolnik", i to w literaturze obu płci. Bowiem literatura piękna skłócała płcie i narody, podtrzymywała „dżihady wojenne" wszystkich religii, przyklaskiwała haniebnym ustrojom. (Próby oporu owszem, bywały, ale bez rezultatu lub z takim rezultatem, że sami autorzy byli więzieni i uśmiercani). I mamy, co mamy - wielkie nic. Mamy same wyczerpane postawy. Moim zdaniem, nam, ludziom pióra, ostała się obrona myślenia. I prawa do myślenia.

Lupa, luneta, igła - to jest właściwa kontra dla naszego żółwia. Trzeba nasz Czas, nasze Miejsce oglądać rozumnie - bez ideologizowania i teorii. Moim zdaniem człowiek jako taki myśleć jeszcze nie zaczął. (Poza kategorią żółwia i w niewyczerpanej postawie znajduje się feminizm, ale raczej nie w literaturze pięknej, raczej w tym, co od wieków za nią stało - w teologii, filozofii i w dziedzinie młodszej - w psychologii i psychoanalizie. Do tej sprawy jeszcze wrócę).

Ale Olsztyn. Poetycki najpierw. Jak tu mamy - czy tak, jak w całej Polsce, same degeneracje i otępiałego, wręcz głupiego krytyka? Czy może mamy jakąś tu odrębną wyspę, gdzie przezwyciężono żółwia? O tym w następnym rozdziale. Prowadź generale Piesc.

Mam nadzieję, że - cofnijmy się do cytatu z Różewicza - że nie trajkoczę, jak stara maszyna do szycia, i że mój czytelnik nie będzie parasolem.

Zauważę jeszcze, że zawsze w literaturze pięknej to sam autor ustala reguły gry - nikt pod nim, ani nikt nad nim. I na pewno nie masa.
I że autorowi „w pewnym wieku" wolno pisać, o czym chce i jak chce. I że autorowi młodemu lub bardzo młodemu wolno eksperymentować. cdn.

(Słowa- „otępiały, wręcz głupi krytyk" nie należą do mnie. zapożyczyłam je od Alice Miller):

Share