• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

Tamara Bołdak-Janowska - Chodźmy, generale! cz.2

Warmia i Mazury, nr 6/2001, Chodźmy, generale! cz.2

W peerelu istniała centralizacja opinii literackiej. Centrum (stolica) wymuszało i „oceniało" treści pozacentralne. Dziś stolica to ledwie jedno z mnogich centrów literackich - równoważnych. Mówię o tym, bowiem wciąż obserwuję tu zacofane postawy -poddańcze wyczekiwanie pochwał lub nagan od starego centrum, którego już nie ma, i pańskie starostołeczne wywyższanie się w stosunku do prowincji, której już nie ma. Dziś prowincja przestaje być prowincją, jeśli promuje własne talenty, jeśli je rozpoznaje i umożliwia im rozwój. I jeśli posiada natężone życie intelektualne u siebie. Jakże głupie są tu stare postawy - poddaństwo i pańska łaska. Zdajmy się na jakiekolwiek neocentrum samozwańcze, a wyjdziemy na tym jak Zabłocki na mydle. Oto koncern Bertelsmanna rozpowszechnia encyklopedię pt. „Sławni Polacy", edytorsko śliczną, lecz merytorycznie potworną. Nie ma w niej naszego Krasickiego (i nie ma Staszica, ani Kołłątaja). Zagraniczne koncerny (samozwańcze neocentra) robią u nas, co chcą. Nie muszą konsultować się z Olsztynem w sprawie obecności sławnych stąd Polaków w swojej encyklopedii. Olsztyn zaniedbał swoje życie intelektualne do tego stopnia, że się wyzbył prężnego wydawnictwa, własnej promocyjnej dla siebie uwagi. Nasz Krasicki nie istnieje, i tyle. Jak wyglądamy z naszą nagrodą literacką im. Krasickiego? Jak z jakiegoś mało istotnego buszu otóż. Jak mówić w tej sytuacji o literaturze współczesnej! Sobie a muzom? Ale jedźmy.

 

W peerelu prowincja winna była pozostawać prowincją, czyli wikłać się w problematykę gminną. No to poeci proponowali miejscowy pejzaż jako problem literacki, miłość aż po grób jako główny problem egzystencjalny i trochę poprawnej wiary w poprawnego Boga Ojca oraz półludowe bytowanie w szarym socjal-dniu. I konieczne jeszcze było żmudne kreowanie jednojęczmiennej polskości (jednokulturowej, jednojęzycznej). Prezentowano lasy, gaje, jeziora - ale tylko jako tło i ulgę. Nie było wnikania w organizm ziemi czy wiązania jej z egzystencją ludzką na miarę Grochowiaka czy Białoszewskiego. Chociaż - nie! Był u nas literacki geniusz, za chwilę coś o nim powiem. Najpierw „lasy". Co mam na myśli, mówiąc „tło i ulga"?

Chodzi o to, że kiedy np. Klemens Oleksik stwierdza: „zakwitły fiołki i konwalie", to liże powierzchnię zjawiska. Tymczasem Biało-szewski nawet z buraka czyni eksplozję: „buraka burota (...) bliskie profile skrojone". Tam, gdzie np. Jerzy Adam Sokołowski powie: „niebo, porwane do błękitu" - znowu liżąc powierzchnię, Grochowiak wyjmie z tego błękitu jedną gwiazdę, aby wyłożyć swoją pisaną eksplozję: „A płód? -Jak długo może drążyć ciało? /Jak długo gwiazda spada w naszych trzewiach?".

Jeśli pojawiała się u tamtych poetów troska czy inny minoryzm, to najwyżej jako „kot na parapecie", którego to kota zaraz odpędzała jakaś „dobra kobieta", babcia, mama (to znowu u Sokołowskiego) - czyli z problemu również czyniono tło i ulgę. Generalnie - „dobra kobieta", czy to jako tło i ulga w męskim wierszu, czy to jako ja liryczne w wierszu żeńskim, uśmierzała wszelkie męskie bóle. Zientara-Malewska to również „dobra kobieta" - jako ja liryczne, cytat: „Podaj mi rękę, bracie mój drogi; znad Wisły, Bugu, Naroczy!" - przy czym natężona była ku umiłowaniu polskości jednojęczmiennej. Wielokulturowość (dwukulturowość, dwujęzyczność) pojmowano jako zagrożenie i wręcz przestępstwo przeciw polskości. (Co zresztą przetrwało do dziś - dziś bada się życiorysy pod kątem „czystości rasowej" i wypędza się z obszaru kultury osoby „nieczyste", czego strasznym przykładem było wypędzenie Andy Rottenberg z „Zachęty". Mówię o tym, bo chcę zwrócić uwagę, jak podłej jakości duchowej jest nasze staro-stołeczne „centrum").

Poeci pisali wiersze w poczuciu, że peerel „będzie trwał wiecznie". A przecież dla rozgarniętego człeka było jasne, że układy jałtańskie miały żyć tylko przez 50 lat! Zapewne i to bezwiedne poczucie „socjal-wieczności" skłaniało do życia Czasem i Miejscem jako tłem i ulgą, i wszystkim - jako tłem i ulgą. Rzecząc metaforycznie - płynęło się na szarych falach socjal-dnia przed siebie, przed siebie... Zatem: pejzaż był tłem i ulgą, polskość była tłem i ulgą, problem był tłem i ulgą, „dobra kobieta" była tłem i ulgą, no i miłość była tłem i ulgą. (Mówienia o tej miłości poniecham - w każdym tamtym wierszu pełno jej). Poezja źle znosi wszystko, co jest tylko tłem i ulgą.

Weźmy kolejny przykład, na dowód, jak bardzo tamta poezja czeźnie u potomności ze swym rekwizytem i zjawiskiem jako tylko tłem i ulgą. Cytat ze Stefana Połoma: „Kiedyś coś się stanie / Początkiem i kresem / Wszystkiego jest Bóg / I dlatego staję ku Tobie / Modlitwą" (...).
Modlitwa to za mało dla poety. Modlitwa przynależy innej sferze - przede wszystkim nie podlega pytaniu, dyskusji, krytycyzmowi, czyli relacjom autor - czytelnik. Bóg poetów zaś to samo życie. Choćby mnie szarpano na sztuki, twierdzić będę, że Bóg poetów to samo życie.

Mam antologię poetycką z r. 1979, Andrzeja Lama. W niej - miernoty, talenty średnie i wybitne, jak to w antologii. I jest nasz Erwin Kruk. Czy zatem to jedyny nasz poeta, który wtedy wszedł do literatury polskiej? Wystąpił barwniej, wielokulturowo - mamy u niego Mazura, „skraj Białorusi", Drwęcę, nazwisko Kajka. Zgoda, jest świeży. Ale pejzaż traktuje jako tło i ulgę, choć wysuwa go na pierwsze miejsce jako rekwizyt, i problemy owija w nieprecyzyjne metafory, np. - „widzę, jak rozległy cień kładzie się na moją twarz". Gdybyśmy tu rzekli - „czuję, że wtapiam się twarzą w cień rozległy" - byłoby dorzeczniej. Bo czym, przepraszam, widzi się cień, jeśli się on kładzie na twarz? Trzeba byłoby wyjść z siebie, żeby to zobaczyć. Poza tym „rozległy cień" jest za „rozległy", żeby się położyć na twarz, która jest maleńka przecież. A kiedy Kruk mówi - „pijane sosny i brzozy", to zapisuje ledwo pospolite doznanie! Ale, powiedzmy, obecność u Lama to też jest coś. Cóż z tego jednak, kiedy już w r. 1988 w tomie pt. „W cieniu" autor obwieszcza: „Moją mową jest milczenie", „Milczę przeciw upokorzeniu" - czyli przyjmuje postawę wyczerpaną - i: przestaje się publikować od tamtego roku.

Czyli co, nie próbował nawet sprostać rzeczywistości pojałtańskiej? Moim zdaniem, taka postawa jest za łatwa.
Pozostał on jako poeta w fazie embrionalnej, wiele rokującej na przyszłość, np. wiersz pt. „Pogrzeb" z tegoż tomu to perełka („Mój brat (...) ubrany w bardzo luźne, bo drewniane suknie")... Tak więc Kruk wszedł do literatury i błyskawicznie z niej wybiegł, popełniając niesamobójcze samobójstwo. Pejzaż, kobieta, problem, polskość jako tło i ulga (polskość bez rozwałki stereotypów), milczeniowe samobójstwo Kruka - wszystko to przebrzmiało jako postawa, metoda i mglisty rekwizyt. Było, minęło. Ale miało w swoim czasie swój urok.

Ale tam, w peerelu, zaistniał u nas ktoś genialny. Ktoś, kogo Olsztyn nie chciał. To Jan Sobczyk, poeta równy Grochowiakowi,. Jest też prozaikiem, nie mniejszym od Pereca. Jego sytuację - a zarazem sytuację wszystkich jemu podobnych w Polsce - można streścić słowami, wyjętymi z jego prozy („Wycieczka w górę Synaj"): „Czy będzie pisał czy nie, to nie ma znaczenia". I słowami z jego wiersza pt. „Erotyk II": Jestem z innego świata".
Cokolwiek napisał 20 lat temu, brzmi tak, jakby było napisane godzinę temu. Geniusz tym się różni od talentu, że żyje blisko szaleństwa i nic nie traktuje jako tła i ulgi. Rekwizyt żyje tak intensywnym życiem u Sobczyka, że nieomal go dotykamy - nieomal czujemy wszystkimi zmysłami, podobnie jak i samego autora. Kiedy powie „my", to czytelnik wchodzi w „my" jako człowiek człowieczeństwa, nie zaś jako człowiek jednej grupy politycznej czy pokoleniowej, jak przy zetknięciu się z „my" autora przeciętnego. Kiedy powie „ja" i ukaże nam swoje życie, w żaden sposób nie przejdziemy obojętnie obok tego „ja" - obok tego właśnie życia. O Janie Sobczyku pomówię jednak w innym eseju, bo to potęga. Tylko świnia mogłaby przeznaczyć dla niego jeden akapit. Z pamięci Olsztyna został on wyrugowany. Do mnie jego utwory trafiły niedawno (dzięki Iwonie Łazickiej, za co wielkie dzięki), a po ich przeczytaniu, prawdę mówiąc, już mi się wcale nie chce mówić o kim innym.

Ale dalej. Po upadku peerelu sprawy literackie ułożyły się tak, jak je opisałam w moim „wstępie", chorobliwie.
Świat posiadł postmodernę; dodam - język literatury pięknej zaczął się upodabniać do tego języka obrazo-dialogowego, jaki w filmie rozpoczęła grupa angielskich komików, zwana Monty Python's Flying Circus. „Montypajtonowali" - równolegle prawie -

i sami z siebie -Jan Sobczyk i Miron Białoszewski. (Polska nie podaje swych najwybitniejszych twórców zagranicom, rzekomo z powodu ich „nieprzetłumaczalności". Jakoś jednak łatwo przetłuma-czalni na język polski okazali się „Monty Anglicy").

Dobrze, ale co zrobiono w literaturze olsztyńskiej po upadku komunizmu? Po pierwsze, „Borussia" usunęła stereotyp jednojęcz-miennej polskości i odtworzyła pojęcie regionu - czyli europejską normalność (zważmy - Europejczyk Mickiewicz wołał „Litwo, ojczyzno moja" - właśnie do regionu, nie do „dużej Polski"; duże ojczyzny to duże stereotypy, imponderabilia narodowe i tyle).

Kazimierz Brakoniecki zakwestionował stereotyp ojca-Polaka, rodzinnego terrorysty - „jak ja mogę pójść do Niemców (...), jak ja im wytłumaczę, że polskie dziecko jest bite przez polskiego ojca", „kim jestem będąc synem akowca emeryta despoty ofiary polskiej historii". Uznał, że Polaka i Niemca łączy to, co „pozaziemskie - pamięć wspólnego kąta, niekiedy wspólnego dzieciństwa, wspólna duchowość - ten sam Chrystus. Pejzaż ostawił w pokoju - jest on u niego tylko tłem. Bo: „ludzie przebijają mnie na wylot / przez nich patrzę". Nie został ani wysłuchany, ani zrozumiany.

Alicja Salczyńska. W przedziwny sposób wiąże się z poetyką utworów Agnes Miegel, poetki niemieckiej z byłych Prus Wschodnich, z Kónigsbergu. Czyżby faktycznie istniał ten „pozaziemski związek" osób i Miejsca, o jakim mówił Brakoniecki? Agnes Miegel stworzyła balladę związaną z konkretnym miejscem - u niej z byłymi Prusami Wschodnimi, a Alicja - nie wiem, na ile świadomie -powtórzyła tamtą balladowość, tyle że związała ją z Olsztynem, bohaterkami czyniąc stare, chore, odrzucone kobiety.

Zmieniła spojrzenie na pejzaż - uczyniła go integralną częścią osoby ludzkiej, zwłaszcza kobiety. Jej kobieta wbiera pejzaż w siebie, a zarazem on sam ją „wsysa" jako swoje ciało (Chwila godna odnotowania: „kobieta pochyla się nad krzewem, rodzi się przywiązanie").

Taki sam związek kreowała A. Miegel. Ponownie wymieniam niemiecką poetkę, choć wiem, że Olsztyn nie ma o niej zielonego pojęcia. Jednakże bez percepcji utworów Agnes nie można zrozumieć zjawiska zwanego Alicja.
„Opowieści z litoralu" Alicji czy cykl jej wierszy o drzewach i roślinach zdają się wyrastać bezpośrednio z takich wierszy Agnes, jak „Furtka sadu" czy „Kobiety Nidy", choć inne są już realia geograficzno-polityczne.
Alicja nie została ani wysłuchana, ani zrozumiana. Reszty poetów nie jestem w stanie czytać.

Pozostaje jeszcze kolosalnie zmarginalizowany Antoni Janowski. O nim pisać mi nie wypada, bo to mój mąż. O sobie samej też mi pisać nie wypada.

Pozostaje „Portret", którego zawsze broniłam. „Portret" „monty-pajtonuje" nic nie wiedząc o Janie Sobczyku.
Zakwestionował istnienie tzw. szkoły borussiańskiej, poetyckiej. Tę „szkołę" nie wiem, kto wymyślił. Moim zdaniem, poetów „Borussii" łączy pismo, wydawnictwo i perychoreza kulturowa (czucie wielokulturowości). „Portret" omówię w następnym rozdziale.

W świetle tego, co napisałam we „wstępie", powiem jeszcze tyle, że ten, kogo tam nazwałam „otępiałym, wręcz głupim krytykiem", panoszy się głównie w głównych mediach i na głównych łamach, udając neocentrum, chwaląc drzemkę VIP-a i bezwiedność poetów masowych. Nasz „Krytyk" czyta „wszystkich" - wszystkich chce omówić - równo stawia mierność i wybitność. Nie jest więc czytelnikiem wybrednym. Jest antyczytelnikiem. Czyta się "wszystko", kiedy się jeszcze lub już nie umie czytać literatury. Chcę więc rzec, że tak właśnie jak wyżej czytają literaturę i Zbigniew Choj-nowski, i Karol Maliszewski, i Jan Chłosta, i Witold Bereś. i Michał Cichy, i Leszek Żuliński. Ginie tedy ktoś taki, jak Sobczyk. jak Janowski.

A ja. Kim jestem. Ja - nagle poczułam się kimś znacznie mniejszym od Sobczyka. Kimś znacznie mniejszym. Mnie na to stać.

Nasze postawy popeerelowskie przede wszystkim są bezsilne wobec polskich chorób - VIP-ostwa, masowości, antyczytelnika--krytyka.
Nasz krytyk hołubi w literaturze komunikatywność bez głębi -czyli wielkie zero.

Share