• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

Tamara Bołdak-Janowska - Chodźmy, generale! cz.3

Warmia i Mazury, nr 7/2001, Chodźmy, generale! cz.3

Proza Olsztyna... (czy też Warmii i Mazur; dla oszczędności miejsca będę używać Olsztyn - i w skrócie, O.)... Znowu muszę poruszyć kilka spraw globalnych, abyśmy nie macali ciemności. Zmienię mój punkt widzenia spraw.

Badacze literatury pięknej autorów z Olsztyna uzależniają ją od tematu warmińsko-mazurskiego. Otóż temat nie jest przyczyną doniosłości utworu. Dobra literatura nie zna tematów tabu, natomiast dobrze zna temat jako pretekst.

Literatura zależy od talentu (wiedzy, wrażliwości) autora, lecz także - od istnienia przy niej jej infrastruktury, czyli kompetentnego i uczciwego wydawcy - krytyka - dystrybutora. Bez tego -choćby powstawała i była genialna - jest martwa. Jej czytelnikiem jest piwnica (szafa - strych).

 

W Polsce pełno nieodkrytych autorów. Piwnice (szafy - strychy) polskie są zapchane niedystrybuowanymi utworami (na ogół dużej klasy), bowiem odebrano literaturze jej infrastrukturę i ją wynaturzono. Polską najlepszą literaturę wydaje mały wydawca, bez dystrybucji i honorariów; polską literaturę najgorszą - ja ją zwę komunikatywnością bez głębi lub popularychą - wydaje wydawca duży, tubylczo podległy interesom zagranicznych koncernów. On to produkuje literackiego WlP-a przy pomocy opłaconego krytyka, który wydala z siebie tzw. recenzje sponsorowane, którego nie interesuje poziom utworu, który w interesie sponsora po prostu bredzi, który zamazuje prawdziwy obraz polskiej literatury. Na użytek sponsora i koncernów nasz krytyk wydumał szereg kuriozalnych poglądów! Np. że nie ma w literaturze spraw ogólnoludzkich -a no to, przepraszam, jakie sprawy istnieją u ludzi, ogólnokońskie? Że dobry utwór to towar rynkowy, podczas gdy od wieków dobry utwór to towar nierynkowy - po prostu nie da się urynkowić duszy prawdziwie pisarskiej - i tak już zostanie. Że godzien jego -krytyka - uwagi jest autor dziki, z pazurami, który sam sobie załatwia doczesną sławę, czyli chwalony jest osobnik bezwzględny, wielka świnia unicestwiająca swych rywali wszelkimi metodami, i nic to, że sam miernota, itd., itd...

Takie są poglądy np. panów Czaplińskiego i Nowackiego, osobiście mi - bez żenady - wyznane. Ale zwyraźnię sprawę koncernów. Milcząc o tym - rozwijamy tubylczość. To ten temat, którego Niemcom nie wolno było tknąć przez 50 lat! - a który teraz dotyczy właśnie nas. Otóż po upadku nazizmu trzęsły Niemcami koncerny z USA - wydawnicze, filmowe, itd., pod przewodem tajnych służb. Obarczono je polityczno-finansowym zadaniem dopilnowania zerowego stanu kultury niemieckiej, literatury, filmu, itd.. I miała to być zakłamana „kara za nazizm". Chodziło rzecz jasna o przemianę Niemiec w rynek zbytu. Teraz identycznie trzęsą nami te same koncerny, dopilnowując zerowego stanu naszej literatury, naszego filmu, itd. Ma to być „kara za komunizm". (Przykro: koncerny niemieckie biorą w tym udział). Koncerny mało że z miernoty produkują WlP-a, mało że promują dzieło podrzędne, to jeszcze szczególnie hołubią dzieło rozliczające peerel tak, jak się rozlicza nazizm, tym samym pchają uwagę ludzką w neostereotypy, w kłamstwo równowartości obu totalitaryzmów. Rozpisuje się na ten temat „Der Spiegel" (np. w nr. 20/99). Tej przemocy podporządkowali się wszyscy polscy duzi wydawcy (i dystrybutorzy). (Niepokorni zostali zdławieni). Nie ma w Polsce osoby pióra - tej spoza grona bezwzględnych dzikich - która by nie usłyszała od dużego wydawcy: Jest pan (pani) dla nas za mądry (za mądra)"... (Dystrybutor ze wstrętem odrzuca książkę polskiego autora, publikującego w małym wydawnictwie)... Literacka Polska została więc rozdarta na Polskę polską, piwniczną (będę używać tego słowa), i na Polskę kolonialną, z rozdmuchaną miernotą. Zatem uczciwe mówienie o literaturze polskiej, w tym olsztyńskiej, jest mówieniem o literaturze piwnicznej. Chodźmy, generale!

Generale, porzucam Piesco-żółwiowe słownictwo - chodźmy tropem literatury prawdziwej - ja ją zwę myślicielską - opowiada ona żywe polskie życie, rozpirzając stereotypy w drobny chrzan. Proza Olsztyna.
Znowu z peerelu wypływa ku nam Jan Sobczyk. Pisze - siebie. Pisze - zwidami z przeszłości auschwitzowej i scenami z neo-Auschwitzów. „Schizol", Żyd, wytrawny czytelnik zgniewany szmirą WIP-ów. I - myśliciel. Jego myśli są zabójczo aktualne. Oto garść cytatów: Z „Notatnika w waciaku" (1981): „Czuję się przynależnym do słów »koń«, »rzeźny«, »cena«, »eksport«, »kastrować«. [...] Pisarze i poeci są sobie wzajemnie potrzebni, aby mogła egzystować wielka fikcja. Wielka zmowa poetów i pisarzy. Wielka zabawa krytyków. [...] »Pan działa na mnie niepokojąco-. Słowa starszego pisarza nie straciły nic z aktualności. [...] Wszystkiemu winna jest szklana szyba. Patrzę na ludzi przez zadymione szkło. [...] Sztuka ma swoje prawa. Sztuka nie może być »opowieścią« o cierpieniu".

Z „Drogi na górę" (1983) - z akapitu o zagazowanej dziewczynie. „To nie ci ludzie ją skrzywdzili, lecz cały model kultury przez nich ucieleśniony". Z „Wycieczki na górę Synaj" (1999) - (powieści wydanej już po tym, jak Olsztyn udręczył i wygnał autora); „Pasjonuje mnie upokarzanie mężczyzn".

Autor, o czym napomykałam, „montypajtonował" i „montypajtonuje"; szyderczo błaznował i nadal to czyni. A jakże mocno brzmią wypisane z niego cytaty! Jak celnie uchwycił istotę WlP-owania, jako „zmowę-zabawę" głąbów jednej kliki, i istotę pisania - niepokojenie, sianie umysłowego fermentu. „Upokarzanie mężczyzn" rozumiem jako karę wymierzaną cywilizacji, która jest cywilizowaniem zbrodni - wpisywaniem jej w „naturalny" stan człowieczeństwa.

Podobny styl, odważne „monty", myślicielstwo jako szydercze błaznowanie, mamy dziś w „Portrecie". Ale to nie epigoństwo - „P." nie zna dzieł Sobczyka. To znudzenie się starymi formami daje tu o sobie znać. Nie ma też w „P." ciążenia życiorysów koszmarnych. Podaż dzieł jest tu skromna, bo i nie może być inna - twórcy nie mają przy sobie infrastruktury, o której mówiłam. Olsztyn jest bezwydawniczy. Małe borussiańskie wydawnictwo stale ma kłopoty finansowe. Sam „P." również. Mają dwojaki wybór: albo pójdą drogą dzikusa i świni, padając na kolana przed kolonizatorami - koncernami, produkując popularychę, albo pozostaną w Polsce piwnicznej, gdzie się do dziś gnieżdżą. Co zaistniało - skąpe dzieło - moim zdaniem, jest godne uwagi.

Pisałam już gdzie indziej o „Prababce" M. Sieniewicza, toteż tylko zaznaczę, że wyjęłam z niej zdanie - „Generałowie nie mają matek", aby mieć punkt wyjścia dla oglądu całości treści, która, sądzę, nie jest „wspominaniem dzieciństwa", jak chcą nasi krytycy, lecz prze-śmiechem z dorosłych generałów, „którzy nie mają matek". Autora należy czuć przez wielkie jaja „monty". Kto tych jaj nie posiada, zbędzie autora smętnym poglądem, że nie ma u niego problemów.

Bezpośrednio - nieświadomie - z pisarstwem Sobczyka zazębia się pisarstwo P. Siweckiego, luźno związane z „P.". Jego utwór pt. „Bios" (wydany przez niego w 25 egz. - och, ten brak polskiego wydawcy!) - jest również pisaniem siebie w stylu „monty". Zamiast narracji linearnej autor proponuje „narracje opozycyne": „sny, napisy na koszulkach, piercing, tatuaże, stosunki oralne, analne, przerywane, graffiti [...] szczypior w doniczce"... Stosunki oralno-analno-przerywane to rzecz jasna nie skłębienia czysto kopulacyjne, lecz dotykanie się osobowościowe, fragmentyzowane. Pisanie tatuażami czy piercingami to znów fragmentyzowanie - życia i stosunków osobowościowych. Pisanie szczypiorem to strzelanie w górę myśleniowością aforystyczną. Jest przemożne doznanie w „Biosie" obecności manipulatora i wygłupionej informacyjności - narzucania kłamstw o faktach. Autorskie pytanie „Sensorodna przyszłość czytania?" - sąsiaduje z wyznaniem autopowinności: „W stosunku do samego siebie bez taryfy ulgowej", czyli mówiąc rymem - bez produkowania popularychy.

Dziełem wybitnym - niewznawianym - jest „Według Judasza" H. Panasa. Coś dopowiem. Od wieków stoi za literaturą filozofia, teologia, od K w. psychologia, od XX w. psychoanaliza i psychiatria. Bez autorskich studiów tego zaplecza niemożliwy jest utwór o godziwym poziomie. Taką wiedzę swej epoki zażarcie studiował np. Dostojewski. Dziś chodzi o znajomość dokonań kobiet w tym zapleczu, m.in. o Alice Miller, Jolantę Brach-Czajnę, Barbarę Thiering. Postawy człekokobiece tutaj to jedyne dziś postawy niewyczerpane: penetrują każde męskie i damskie zakłamanie umysłowo-życiowe. I otóż Panas pisał swe dzieło sposobem zdumiewająco nowoczesnym, jakby taką wiedzę posiadł już w peerelu. Ukazał proces stwarzania Boga przez człowieka, a zarazem samostwarzania się człowieka. Człowieka: finansów, obłędu religijnego, łatwej baśniowej metafizyki, władzy. Dla człowieka finansów Bóg jest o tyle ważny, o ile można na nim zarobić. Mamy świetne studium kobiecego obłędu religijnego. Bóg metafizyczny, baśniowo łatwy, jest wg autora usprawiedliwieniem każdej ludzkiej zbrodni, cytat: „Każdy kto chce rządzić, musi zabijać, nawet bogowie są do tego zmuszani, wszyscy bez wyjątku, najidealniejsi, jakich tylko możemy i potrafimy wymyśleć"... Bóg, wg autora, to w istocie człowiek władzy plus jego Bóg - to ci, którzy stwarzają społeczeństwa podług relacji pan-niewolnik.

Wątki biblijne mamy u J. Ignaciuka. W „Tomaszu niewiernym". Jego świecka twórczość również dotykała problematyki chrześcijan (moralności). Ale zatrzymajmy się na „Tomaszu". Autor pisał go tylko tzw. oczyma wiary, tylko tkwiąc wewnątrz mitu. Rozpoznanie chrześcijaństwa ograniczył do cytatów z Pisma. A w czasach Tomasza dogmatyka chrześcijan jeszcze się nie ustaliła, wrzały spory judeo-greckie teofilozoficzne (Bóg Ojciec u Greków aż do IV w.n.e. zwał się Zeus). I pierwsi chrześcijanie byli ludźmi wykształconymi, w tym kobiety (wykonywanie zawodów fizycznych uznawano za integralną część wiedzy teofilozoficznej) - spory były więc ostre; zderzały się dwie cywilizacje - teokratyczna (Żydzi) i filozoficzna (Grecy) - i ścierały się z barbarzyńskim Rzymem. Fakty te dziś są dobrze udokumentowane. A mamy bohaterów prostaczków. Stereotyp. Ale mamy też kapitalne - okrutne sceny krzyżowania przez Rzymian żydowskich kobiet z dziećmi. Dziwię się Rosłanowi, że się tym scenom dziwi (recenzja w nr. 4 „WiM"), posądzając autora o fantazjowanie. Jakże nieoczytani są Polacy! Jak wątpią w kompetencje pisarzy. O krzyżowaniu kobiet z dziećmi pisał Flawiusz, potwierdziły to wykopaliska, trąbią o tym od lat teologowie. Rzymianie jednego dnia krzyżowali po sześćset kobiet - z dziećmi, których nikt nie liczył. (Informuje o tym też S. Kobielus w swej książce pt. „Krzyż Chrystusa", PAX, 2000).

Inne książki, istotne dla mnie. "Japońska wioska", J. Wilengowskiej. (Z „P."). W porwanych zapiskach: dzianie się kobiety jako „androgyna-kosmity" w globalnej wiosce. Smak zenu - smak chwili drobnej. Ujmowanie świata w „szczypczyki do cukru". Kaligrafowanie życia - takie jak u jesieni, która kaligrafuje siebie, pozbywszy się bagażu liści.

„Rondo" E. Kruka. Problemy powieści upadły wraz z peerelem. Ale żywy pozostał motyw ronda w życiorysie ludzkim - kroki z prochu w proch, od siebie do siebie. Kolejny dowód na to, że w sztuce słowa odporny na działanie czasu jest jedynie problem ogólnoludzki. Że temat - regionalny, gminny, ustrojowy - musi być pretekstem do omawiania losu człowieka w odniesieniach globalnych. Lubię tę książkę ze względu na owo ogólnoludzkie rondo.

Casus W. Kowalewski. Już nie polsko-piwniczny, już koncernowy, otoczony dorodnym wiankiem recenzji sponsorowanych.

Związał się z wydawnictwem W.A.B., promującym tubylczą po-pularychę i popularychę tubylców wyemigrowanych (Siemion, Gretkowska). No i będzie musiał zatrzymać się w rozwoju twórczym na produkowaniu popularychy. To jego wybór. Ale nie mój. Wybory należy szanować, toteż szanujmy. Obwieszą się naszemu WlP-owi na szyi klakierzy olsztyńscy. Ale nie ja. Moim wyborem jest uwaga dla dzieła o godziwym poziomie, uwaga dla polskiej Polski - piwnicznej. Moim zdaniem, „Rude włosy nocą" to tandeta. Głupi bohaterowie (papierowi i w ujęciu antypsychologicznym), głupie dialogi. Lubię „Powrót do Breitenheide", choć autor dał mi same grzeczne - salonowe dialogi. Ale pomysł na akcję świetny -pociąg z bohaterami zbliża się ku końcowej stacji, to jest prosto ku czytelnikowi - cudowne. A „Bóg zapłacz!" to kolejna tandeta.

Przy prześwietnym chwycie formalnym - nałożeniu przyszłości na teraz - mamy samo ględzenie głąbów. Mózgami swych bohaterów autor rozpoznaje świat ledwie poprzez pospolite stereotypy: wszystkiemu winni postmoderniści, relatywiści i naukowcy oraz baby - feministki? - wygląda to coś żeńskiego jak skrzyżowanie fanki zespołów młodzieżowych z kurą, gęsią i feministką wziętą po wierzchu, jako kimś, kto się dziwacznie stroi, dziwacznie makijażuje oraz instaluje sobie w oczach sztuczne pioruny. Autor ponadto produkuje bohaterkę wg solidnych wzorów peerelowskich - jako tło i ulgę mężczyzny. Jako wyćwiczoną sukę. Jako tylko żebro. Na starość ledwie-„babinę" lub niedoszłą kurwę, żałującą, że we właściwym czasie nie wyżyła się seksualnie. Moim nieustającym zdaniem, jeśli pisarz polski czy inny nie podejmuje dialogu z kobietą człowieczą, z feminizmem jako najdonioślejszym prądem XX w., no to nie jest pisarzem wiarygodnym, no to ciągnie patriarchalno-seksistowski stereotyp pojmowania kobiety. Każdy pisarz polski płci męskiej jest w ten sposób zacofany. Tak zacofane są wszystkie polskie kościoły, wszystkie polskie media. Np. w polskiej TV sławnym być może prof. Religa, ale już nie prof. Kinalska, endokrynolog, o wiele bardziej ceniona w świecie niż prof. Religa. Podobnie rzecz wygląda z pisarkami czy intelektualistkami - gdzieś tam sobie są, marginalnie, w piwnicy. Panowie, przestańcie! Mężczyzna-oprych i jego niema gąska wyprodukowali już Stalina, Hitlera, Auschwitz, gułagi, stosy i temu podobne osiągnięcia cywilizacyjne. I dość! Teraz kobieta: mówi swoje „nie" i w ogóle mówi. A u autora albo milczy, albo ględzi. Nasi panowie pióra są w zmowie przeciw tej, która mówi. Dowartościowują żeńskiego głąba. Generalnie, u Kowalewskiego wszelki bohater jest głąbem. Jeśli Polak to koniecznie ukształtowany przez radio „Wolna Europa" i piosenkę młodzieżową. Rozpoznawanie tylko głąba i tylko stereotypów to nie jest pisarskość. Sama sprawność warsztatowa to żaden atut pisarski. Powieść jest napisana bardzo sprawnie. Jednakże obcowanie z głąbami nie daje rozkoszy czytelniczej.

Zaproponowałam spacer przez myślicielskość i żywe życie. Wielu autorów pominęłam. Wskazałam tylko mój kierunek. Nie było moim celem krzywdzenie osób pióra. Rozmyślnie pisałam luką, w nadziei, że kto inny ją uzupełni, uczciwie rzecz jasna. W mocy pozostaje to, co napisałam we Wstępie: wszystkie postawy pisarskie są wyczerpane, prócz postawy człekokobiecej, feministycznej lecz nie - ideologicznej. W odróżnieniu od feministek ideologicznych uważam, że bardzo pożądana jest komplementarność mowy obu płci - równoważność mowy. Wzajemne korygowanie się. Dyskryminacja głąbów obu płci.

Niewyczerpane jest męskie pisanie siebie. Takie jak u Sobczyka i Siweckiego. I „montypajtonowanie" - takie jak u Sieniewicza, u Sobczyka, u Siweckiego. Kontrowersja przewartościowań wszelkiego zakłamania, płciowego, historycznego, moralnego, teologicznego, itd. - o to chodzi dzisiaj. Już. Dziś. W tej chwili.

Share