• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

Elżbieta Kaczmarek - Dziecko na wsi

Dzieci były uważane za Boże błogosławieństwo. Jednym z podstawowych obowiązków kobiety zamężnej było rodzenie dzieci. Dlatego też matki, zwłaszcza matki wielodzietne obdarzane były szacunkiem. Istniał też cały szereg zwyczajów, nakazów, zakazów i przesądów mających zabezpieczyć kobietę i dziecko przed działaniem złych mocy. I tak kobieta w ciąży nie powinna patrzeć przez dziurkę od klucza, bo dziecko będzie miało zeza, nie powinna przekraczać dyszla, ani przechodzić przez dziurę w płocie, bo czekają trudny poród albo poronienie, nie powinna patrzeć na pożar, bo dziecko będzie miało czerwone znamię na twarzy, nie powinna spoglądać na rzeczy brzydkie, bo dziecko będzie nie urodziwe. Jeśli przestraszy się myszy to dziecko będzie miało znamię - "myszkę" na ciele. Powinna nosić przy sobie ostry przedmiot metalowy (igła, szpilka, nożyk), bo to zabezpiecza przed czarami. W niektórych społecznościach wiejskich na świecie (Indianie), a z bliższych sąsiadów u Białorusinów istniał zwyczaj tzw. kuwady nakazujący mężowi kobiety ciężarnej zachowywać się tak, jakby to on nosił dziecko, ponieważ w ten sposób ściągał na siebie szkodliwe działania złych mocy.

 

Przy narodzinach dziecka, które miały miejsce w domu, asystowała zazwyczaj wiejska akuszerka, tzw. "babka"- starsza wiekiem kobieta o dużym doświadczeniu w odbieraniu porodów, opiece nad noworodkiem i położnicą. Dziecku nadawano zwykłe imię "takie jakie sobie przyniosło", by nie obrazić świętego, którego święto wypadało w danym dniu. Czasem zaś było to imię po jednym z rodziców chrzestnych lub po którymś z przodków. Istniał zakaz nadawania dziewczynkom imienia Maria, ponieważ uważano, że imię to jest przynależne jedynie Matce Zbawiciela i byłoby brakiem uszanowania nadanie tego świętego imienia zwyczajnemu człowiekowi. Jest to bardzo stary zwyczaj mający swoje korzenie jeszcze w średniowieczu. Na Warmii i Mazurach w epoce nacisku germanizacyjnego istniało oficjalne zarządzenie państwowe nakazujące nadawanie imion w wersji niemieckiej - przykładem tego jest chociażby Wojciech Kętrzyński, który dopiero w jako dorosły człowiek odkrył swoje polskie pochodzenie i dopiero wtedy z Adalberta zmienił się w Wojciecha.

Dzieci starano się ochrzcić możliwie najszybciej, co związane było z wysoką umieralnością niemowląt i małych dzieci. Rodziców chrzestnych wybierano bardzo starannie, ponieważ istniało przekonanie, że dziecko dziedziczy pewne cechy charakteru po rodzicach chrzestnych. Chrzestni, zwani "patkami" dawali dziecku na pamiątką chrztu medalik (dziewczynkom, krzyżyk chłopcom) oraz pióro, aby dobrze się uczyło, monetę, by nie zaznało biedy i kawałek chleba, by nie zaznało głodu. Oni też zanosili niemowlę do kościoła. W czasie chrztu obserwowano zachowanie dziecka - gdy głośno krzyczało znaczyło to, że będzie pięknie śpiewać, kiedy krzywiło się spróbowawszy soli oznaczało to, że będzie wybredne i grymaśne w jedzeniu. Na pytanie księdza "Czego żądacie dla dziecka?" należało wyraźnie odpowiadać "Wiary". Niewyraźna odpowiedź mogła spowodować, że dziecko zostanie marą - duchem straszącym ludzi. Istniał też przesąd, że zmorą duszącą ludzi w nocy zostaje 5 syn i 7 córka w rodzinie. Dziecko do chrztu ubierano w czysty kaftanik i zawijano w pieluszki. Po przyniesieniu ochrzczonego niemowlęcia "patkowie" zwyczajowo mówili "Zabraliśmy poganina, przynosimy chrześcijanina" i oddawali dziecko matce. Ojciec tymczasem szykował poczęstunek, bo dziecko "trzeba było polać żeby dobrze rosło". Niemowlęta sypiały w kołysce - najpierw był to wiklinowy kosz, później kołyska drewniana na biegunach, wreszcie łóżko. Zimą kładły się spać w kuchni, gdzie było najcieplej w skrzyni ławy zwanej szlabankiem. Dzieci jadały posiłki nie przy ogólnym stole, lecz na ławie siedząc na przystawionym do niej stołeczku lub miały własny stolik i stołeczki. Dziewczynki ubierano w lniane koszulki i wełniane lub kretonowe (zależnie od pory roku) sukienki lub bezrękawniki oraz fartuszki na szelkach. W momentach uroczystych wiązano im pod szyją szeroką kokardę z długimi, opadającymi do pasa końcami.

Taka kokarda nosiła nazwę "szlips". Taki właśnie "szlips" miała pod szyją Maria Zientara-Malewska, gdy matka zaprowadziła ją po raz pierwszy do szkoły. Na głowę zakładano dziewczynkom chusteczkę płócienną lub wełnianą. Zimą nosiły, jaczkę" - ciepłe wdzianko i dużą, wełnianą chustę. Chłopców ubierano w koszulkę, spodnie i spencerek- ciepłą kurtkę. Na nogach dzieci nosiły drewniaki, wełniane skarpetki służące im w domu jako kapcie. Latem biegały boso. Od wczesnego dzieciństwa miały niewiele czasu na zabawę - pasły gęsi, krowy, robiły masło, karmiły drób, uczestniczyły w pieleniu warzywnika, chodziły na jagody, borówki, poziomki, grzyby i orzechy. Z wiekiem ich udział w pracach domowych i gospodarskich stawał się coraz większy, następował też podział pracy - dziewczęta pomagały matce, chłopcy ojcu. Opiekowały się także młodszym rodzeństwem. Nie miały też zbyt wielu zabawek. Najczęściej były to zabawki przywiezione z odpustu- kupione na straganie-harmonijka ustna, trąbka, wiaderko, łopatka i grabki, odpustowy pierścionek lub zabawki wystrugane z drewna przez ojca czy dziadka, gałgankowe lalki zrobione przez matkę czy babcię, gliniane gwizdki albo figurki, kołyska dla lalki itp. W zabawach najczęściej naśladowały czynności dorosłych, grały też w berka, w chowanego, w klipę. W czasie pasienia robiły same zabawki w postaci różnorodnych piszczałek, drewnianych figurek. Do zabaw służyły im także przedmioty codziennego użytku, np. fajerka lub niecka drewniana pełniąca rolę łódki do pływania po stawie lub zimą sanek. Miały także zimą sanki i łyżwy również robione przez wiejskich rzemieślników, a latem wędki zmajstrowane z pręta leszczyny i koszyki służące jako podbieraki do łowienia ryb. Najczęściej jednak zamiast sanek używały wyproszonej od matki niecki do ciasta. Miały też swoje ulubione dania przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy rodzice wracali z jarmarku godowego (16.grudnia) ojciec "gubił" jabłka i cukierki. W poniedziałek wielkanocny szukały w zabudowaniach i w ogrodzie słodkich upominków pozostawionych przez zajączka. Innym ulubionym daniem był twarożek ze śmietaną i z cukrem oraz placuszki pieczone na płycie kuchennej robione z chlebowego ciasta. Było też takie powiedzenie "Co uleci to dla dzieci" . Ciekawa jest geneza tego porzekadła. Dawniej każda gospodyni sama piekła chleb w takiej ilości, by starczyło go na cały tydzień. Zapas chleba leżał w komorze na półkach z drążków. Dzieci wbiegały do komory i poruszały drążkami. Jeśli chleb był kruchy, a zdarzało się to zwłaszcza na przednówku, kiedy z braku mąki do chleba dodawano otrąb, kruszył się i kawałki chleba spadały. Te okruchy chwytały dzieci. Zbierały też dziko rosnący szczaw i szczawik zajęczy zwany zajęczą kapustą i zjadały na surowo oraz wszelkie owoce tak ogrodowe jak i leśne, niedojrzałe ziarno zbóż, orzechy, owoce dzikiej róży, siemię lniane, słonecznik W okresie adwentu robiły wspólnie z babcią ozdoby na choinkę i piekły pierniki. Z wielkim zainteresowaniem słuchały też baśni opowiadanych wieczorami przez babcię czy matkę.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Share