• Dziedzictwo kultury i przyrody
    Dziedzictwo kultury i przyrody
  • Usługi turystyczne
    Usługi turystyczne
  • Turystyka aktywna
    Turystyka aktywna
  • Kultura
    Kultura
  • Sztuka
    Sztuka
  • Warmiński styl
    Warmiński styl
  • Termy Warmińskie
    Termy Warmińskie
  • Przewodnik po Warmii
    Przewodnik po Warmii

Krótka historia pałacu w Smolajnach

wieża bramna

Oprac. Szymon Drej

Pałac biskupów warmińskich w Smolajnach


Smolajny (niem. Schmolainen) to wieś w dawnym komornictwie dobromiejskim. Została lokowana niezwykle wcześnie, jak na dominium warmińskie. Przywilej lokacyjny dla Smolajn wydał bowiem biskup warmiński Henryk Fleming już w roku 1290. Majątek, stanowiący wówczas dobra rycerskie na prawie chełmińskim, posiadał 32 łany ziemi . Kolejna wzmianka źródłowa na temat Smolajn pochodzi z 1303 roku. Od XV wieku Smolajny stanowiły własność biskupów warmińskich. Istniał tu wówczas duży, dochodowy folwark, w którym hodowano konie. Uległ on zupełnemu zniszczeniu podczas tzw. „wojny głodowej” (1414 rok), kiedy złupiły go wojska polsko – litewskie.

W początkach wojny trzynastoletniej (1454) zbuntowani mieszczanie dobromiejscy napadli na folwark, złupili go i zniszczyli. Napaść ta wymierzona była w biskupa Franciszka Kuchschmalza, stronnika Zakonu Krzyżackiego. Kolejnych zniszczeń doznały Smolajny w trakcie działań wojennych w czasie ostatniej wojny polsko – krzyżackiej (1519 – 1521), jak i w trakcie wojen szwedzkich. Ze względu jednak na duże znaczenie folwarku w Smolajnach dla finansów biskupów za każdym razem szybko odbudowywano zabudowania i sprowadzano nowych kolonistów. Znaczenie Smolajn stale rosło. W 1557 roku brat biskupa warmińskiego Stanisława Hozjusza - Jan przeniósł do istniejącego tu już wówczas pałacyku siedzibę komornictwa dobromiejskiego. W czasach baroku, kiedy coraz bardziej ceniono sobie wygodne i wystawne życie, majątek w Smolajnach, ze względu na swe piękne położenie i okolicę obfitującą w zwierzynę, zaczął pełnić funkcję nie tylko dochodowego folwarku. Od roku 1626 biskupi warmińscy mieli tu swą letnią rezydencję. Była to jedna z dwóch letnich rezydencji biskupów warmińskich. Druga z nich znajdowała się w Biskupiej Wsi (niem. Bischdorf), dzisiaj części Sątop-Samulewa. Obydwie wioski na letnie siedziby władców Warmii wybrał biskup Wacław Leszczyński.
Obecny pałac został wzniesiony przez przedostatniego polskiego biskupa warmińskiego przed zaborami – Adama Stanisława Grabowskiego. Budowę prowadzono w latach 1741 – 1746. Jest to prosty w swym barokowym pięknie budynek założony na rzucie prostokąta, dwukondygnacyjny, z ryzalitami na osi zarówno od strony frontowej, jak i ogrodowej. Ryzality zwieńczone są naczółkami, w których znajdują się herby biskupa Grabowskiego (Zbiświcz) ozdobione bogatym ornamentem roślinnym. Całość przekryta jest czterospadowym dachem. We wnętrzu pałacu zachowały się częściowo na parterze sklepienia kolebkowe, zaś w niektórych pomieszczeniach na piętrze sufity ozdobione fasetami i ornamentami sztukateryjnymi w formie rozet i wici roślinnej. W konstrukcji pałacu w Smolajnach da się zauważyć podobieństwo do oficyny na przedzamczu zamku lidzbarskiego, również wybudowanej przez bpa Grabowskiego, prawdopodobnie przez jednego architekta.
Oprócz pałacu na zlecenie biskupa w 1765 roku wybudowano tutaj okazałą i oryginalną wieżę bramną wraz z przylegającym do niej budynkiem bramnym. Sama wieża przekryta jest interesującym barokowym hełmem zwieńczonym latarnią. Do dziś zachował się również mur ogrodzeniowy oddzielający rezydencję od folwarku, który w późniejszym okresie przeważnie puszczano w dzierżawę.

Chociaż budowę obecnego pałacu przeprowadził biskup Grabowski, to jednak największa świetność smolajneńskiej rezydencji przypada na rządy jego następcy – ostatniego polskiego biskupa warmińskiego przed zaborami – Ignacego Krasickiego. To dzięki „księciu poetów” Smolajny zaczęły tętnić życiem. Krasicki, znany ze swego zamiłowania do ogrodów, przez cały swój okres panowania na Warmii (1767 – 1795) prowadził tu szeroko prace zmierzające do ukształtowania ogromnego założenia parkowego o układzie krajobrazowym w stylu ogrodów angielskich. Gdy po roku 1780-tym przestał opuszczać Warmię na dłużej, Smolajny stały się jego ulubionym miejscem spędzania czasu. To tu powstały najwybitniejsze dzieła Ignacego Krasickiego, jak chociażby „Święta miłości kochanej Ojczyzny”.
W celu odpowiedniego ukształtowania ogrodów w marcu 1781 roku zwrócił się z prośbą do króla Prus Fryderyka II o wydzierżawienie mu sąsiadującej z pałacem parceli. Król, mający słabość do Krasickiego, wyraził zgodę i w kwietniu 1782 roku biskup podpisał kontrakt na dzierżawę wieczystą 22 mórg i 32 włók miary magdeburskiej. Dzięki temu Krasicki mógł przystąpić do urzeczywistnienia swych planów. W kolejnych latach założył park krajobrazowy z rzadkimi roślinami i kwiatami, które kosztowały majątek. Rozebrał również kaplicę pałacową i oficynę, która psuła mu projekt założenia parkowego. Najlepiej o pracach przy parku w Smolajnach pisał sam Krasicki w liście z lipca 1784 roku, do swego przyjaciela hrabiego Lehndorffa, dziedzica Sztynortu:
Miejscowość ta, jak sadzę spodoba się Panu, lecz trzeba, byś wrócił do nas z jaskółkami, aby wziąć udział w wielkich naradach w sprawie dobrania roślin, promenad, świątyń, kiosków, mostów, grobli etc., które w tej miejscowości projektuję, żeby upodobnić ją najzupełniej do innych wiejskich rezydencji upiększonych według gustu angielskiego.
Biskup Krasicki, choć sam nie był wielkim miłośnikiem polowań, pilnował, by w Smolajnach była zawsze „zwierza moc okrutna”, jak pisał o tym do swego bratanka Ksawerego usiłując skłonić go do odwiedzenia Warmii. Krasicki zbudował tu nawet zwierzyniec i hodował jelenie. Okres, kiedy w pałacowych lasach urządzano liczne polowania przypomina po dziś niewielka oficyna położona w północnej części założenia pałacowego, zbudowana w II poł. XVIII wieku. Pełniła ona niegdyś funkcję dworku myśliwskiego.

Ślady dawnego założenia parkowego czytelne są wyraźnie po dziś dzień. Zachował się tutaj ciekawy, zróżnicowany gatunkowo starodrzew, staw, fragmenty grobli, skarpy i aleje. Obecnie całość zabytkowego założenia parkowego wynosi 8 ha, w tym część posiadająca cechy wyraźnej kompozycji – 5,3 ha.
W pierwszych latach po II wojnie światowej do Smolajn przyjeżdżali na wakacje studenci Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy wznieśli we wsi drewnianą kaplicę. Następnie pałac i folwark został przejęty przez państwo. Utworzono tu Państwowe Gospodarstwo Rolne, które w największym stopniu przyczyniło się do degradacji substancji zabytkowej założenia pałacowo – parkowego. Całkowicie zmieniono zabytkowy układ pomieszczeń zarówno w pałacu, jak i wieży bramnej, przystosowując budynki do nowych potrzeb. Od początku lat 70-tych w pałacu ma swoją siedzibę technikum rolnicze.

Jan Chłosta - Niezwykłość Warmii w kulturze polskiej

Niezwykłość Warmii w kulturze polskiej

dr Jan Chłosta

Tekst ten jest zapisem wykładu, jaki dr Jan Chłosta, tegoroczny laureat Nagrody im. Biskupa Krasickiego", wygłosił w Domu Rekolekcyjnym "Zacheusz". Wykład był częścią trwających obchodów z okazji 625-lecia parafii Nowe Kawkowo. Bardzo dziękujemy dr. Janowi Chłoście za zgodę na umieszczenie na naszych łamach tego wykładu, oraz ks. Ryszardowi Andrukiewiczowi, proboszczowi parafii Nowe Kawkowo za udostępnienie materiałów!

dr Jan Chłosta
Niezwykłość Warmii w kulturze polskiej

Warmia wyróżniała się zawsze wyraźnie zarysowaną indywidualnością historyczną, wyznaniową i kulturalną. Ta niewielka stosunkowo kraina uznawana była za fenomen, budziła podziw współczesnych głównie dzięki żywej tradycji, zapamiętaniu dobrej przeszłości i eksponowaniu odrębności w stosunku do sąsiadów. Z nadzwyczajną estymą przenoszona tu była pamięć o sprawiedliwych rządach biskupich i kapituły, wielkich ludziach tej ziemi: Koperniku, Hozjuszu, Kromerze, Krasickim, przenoszona była pamięć o niezmiennych prawach, które zburzone zostały brutalnymi edyktami Fryderyka II z 12 września 1772 roku, kiedy w urzędach biskupich i kapitulnych, w miejsce warmińskiego baranka został umieszczony czarny orzeł, symbol pruskiego władztwa Wraz tym wprowadzono nowe podatki i powinności wobec nowego władcy. Był to zamach państwa zaborczego, wciąż pragnącego powiększyć swoje terytorium, na skrawku Rzeczypospolitej dbającym o zachowanie swojej odmienności. I tych pragnień odrębności nie ukrywano. Przez długi czas warmińskość oznaczała tu antypruskość. Była sprzeciwem wobec dążeń do zerwania z dziedzictwem przodków, zacieraniem wzorców kulturowych, przenoszonych z pokolenia na pokolenie, dzięki którym następcy dowiadywali się, że Warmia przez 306 lat była częścią Rzeczypospolitej i stąd w obyczaju i w sposobie bycia tak wiele było, zwłaszcza w południowej części, wyróżników kultury polskiej. Warmiacy wyraźnie podkreślali swoją odrębność. Przez to za Warmiaka nie uważał się nigdy ewangelik, nawet od dwóch, bądź trzech pokoleń mieszkający w Olsztynie. On był po prostu wschodnioprusakiem.

1. Wyróżnikiem Warmii był i jest katolicyzm. W odróżnieniu od trzech pozostałych diecezji pruskich, utworzonych w 1243 roku, Krzyżacy nie zawładnęli tą krainą, ani nie zdołali obsadzić w następnych latach rządcami, wywodzącymi się z zakonu. Stało się to dzięki pierwszemu biskupowi warmińskiemu Anzelmowi, który obdarował, powołaną przez siebie kapitułę katedralną, przywilejem wyboru rządcy ze swego grona. Kapituła mogła uzupełnić swój skład i obierać biskupa. Anzelm odstąpił też kapitule trzecią część swej dzielnicy. Stanowiły ją następnie komornictwa: pieniążkowskie czyli melzackie, fromborskie i olsztyńskie. Miała jednak kapituła obowiązek prowadzenia na tym terytorium pracy duszpasterskiej. Z obieraniem rządcy diecezji w następnych latach bywało różnie. Najpierw decydował consensus kanoników, od drugiego pokoju toruńskiego, czyli od 1466 roku, kiedy Warmia została bezpośrednio wcielona do Korony, a właściwie od traktatu piotrkowskiego w 1512 roku, król polski z grona kanoników dobierał czterech kandydatów, ale sobie miłego umieszczał na pierwszym miejscu, co oznaczało, że kanonicy, a więc kapituła miała właśnie wybrać wskazanego na biskupa. Niekiedy kandydat królewski na biskupstwo warmińskie nie miał indygenatu pruskiego czyli nie był urodzonym na tych ziemiach i nie posiadał kanonii warmińskiej. Kapituła często powoływała się na nadane przed laty przywileje. Mocno eksponowała przed 1466 rokiem swoją odrębność wobec zakonu i po drugim pokoju toruńskim w stosunku do Rzeczypospolitej. Podkreślała, po wygaśnięciu w 1566 roku zależności od arcybiskupstwa w Rydze, fakt podległości w zakresie jurysdykcji kościelnej bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Ustalone zostało niezależne sądownictwo warmińskie (biskupie i kapitulne), od którego nie można było wnieść apelacji do sądów Rzeczypospolitej, ani Prus Książęcych. Jednak rola polityczna dostojnych kanoników była coraz bardziej ograniczona. Wiele razy po 1525 roku książęta protestanckiego księstwa pruskiego próbowali naruszyć suwerenność katolickiej Warmii. Czynili to z pomocą Szwedów, a więc zdradzając króla polskiego, któremu przecież mieli oddawać hołd.

Biskupi na Warmii przewodniczyli sejmikom generalnym, reprezentowali Warmię na zewnątrz, byli od 1569 roku senatorami Rzeczypospolitej i zajmowali szóste miejsce w kolejności w senacie, po biskupie płockim. Pośród rządców był przyszły papież Pius II, dwaj wywodzili się z królewskiego rodu: Andrzej Batory i Jan Olbracht Waza, pięciu zostało kardynałami: Stanisław Hozjusz, Andrzej Batory, Jan Olbracht Waza, Michał Radziejowski, Józef Glemp, sześciu następnie znalazło się na arcybiskupstwie gnieźnieńskim, będąc jednocześnie prymasami: Wacław Leszczyński, Jan Stefan Wydżga, Michał Radziejowski, Teodor Andrzej Potocki, Ignacy Krasicki, Józef Glemp. Nadto Jan Dantyszek, Stanisław Hozjusz, Marcin Kromer, Andrzej Chryzostom Załuski, Ignacy Krasicki znaleźli trwałe miejsce w literaturze polskiej.

Pod kierownictwem biskupów administracja warmińska działała sprawnie. Stany warmińskie miały swój własny sejmik, zwoływany przez biskupów zawsze w porozumieniu z kapitułą. Zwykle obradował on w Lidzbarku. Zresztą do dziś jedna ze sal miejscowego zamku nosi nazwę: stanów warmińskich. Sejmiki miały wpływ na treść i formę ustaw krajowych i miast. Na szczególne wyróżnienie zasługuje ustawa z 1526 roku, wydana przez biskupa Maurycego Ferbera, składająca się z 37 punktów. Jest prawie pewne, że na jej powstanie i kształt wpływ miał Mikołaj Kopernik. Pierwszy punkt, co nie było bez znaczenia po sekularyzacji ziem sąsiednich, dotyczył jedności wiary chrześcijańskiej, miał on brzmienie: "Naśladując przykład króla polskiego zarządza się aby mieszkańcy Warmii trzymali się dawnej religii, to jest katolickiej. Kto się temu nie podporządkuje, musi w okresie miesiąca opuścić teren biskupstwa". Następne punkty obejmowały kwestie dotyczące przestrzegania świat kościelnych, płacenia dziesięciny, wstępu na rynki w miastach, ustanowienia brakarzy czyli kontrolerów, jakości towarów, mierniczych i wagowych. Prawo warzenia piwa otrzymywali karczmarze, mieszkający o milę od miasta. Ustawa była na tyle uniwersalna, że obowiązywała blisko 240 lat.

Warmia zapisała się jako wyjątkowy kraik w zakresie szpitalnictwa. Tutaj opiekę nad ludźmi chorymi i biednymi traktowano jako powinność Kościoła. W każdym z dwunastu miast istniały szpitale, które były przytułkami dla osób biednych i chorych, także na wsi m.in. we Wrzesinie parafia prowadziła niewielkich rozmiarów szpitalik. Istniały też szkoły parafialne. Nadzwyczajną rolę we wprowadzeniu szkolnictwa trzeba przypisać jezuitom. Sprowadzeni na Warmię w 1564 roku przez biskupa Stanisława Hozjusza, założyli w Braniewie w następnym roku pierwsze w Polsce kolegium, seminarium diecezjalne. Od razu napotkały one u na duże zainteresowanie w kraju. Przy kolegium tworzone były inne kierunki nauczania. W ten sposób zrealizowano na Warmii uchwały Soboru Trydenckiego o powołaniu seminarium diecezjalnego. Na Warmii dbano również o misje. W Braniewie w 1578 roku powołano Alumnat papieski, przygotowujące księży do pracy duszpasterskiej w krajach ewangelickich, głównie Skandynawii. Stało się to za sprawą jezuity Antonio Possevino. W 1632 roku jezuici założyli drugie kolegium w Reszlu.

Wspomnieć trzeba o najbardziej warmińskim zakonie, jakim są katarzynki. Założycielką tego zakonu była, jak wiadomo, Regina Protmann (1512-1613), beatyfikowana przez Papieża Polaka 13 VI 1999 roku w Warszawie. Regułę zakonu zatwierdził 18 marca 1583 roku biskup Marcin Kromer. Zakonnice opiekowały się chorymi tak wówczas, jak i dzisiaj, prowadziły przedszkola i domy opieki nad ubogimi, zajmowały się kształceniem dziewcząt. Wymienić trzeba innych pracujących tu zakonników. Wyróżniali się wśród nich także Werbiści od listopada 1918 roku obecni w Pieniężnie, Franciszkanie byli tu bowiem wcześniej.

Rządcy Warmii zabiegali o wzrost kultury rolnej, tworzyli banki pobożne. Jeszcze w XVIII wieku biskup Krzysztof Szembek przeznaczył pewne środki na otwarcie takiej placówki, a kapituła założyła banki w Olsztynie, Pieniężnie i Fromborku.. Również biskup Adam Stanisław Grabowski w 1751 roku utworzył w Lidzbarku bank z sumą kapitałową 26 tysięcy florenów. Osobliwością tych banków było to, że za pożyczone pieniądze nie pobierały żadnych procentów. Wspomagały autentycznie potrzebujących. Chroniły więc pobożnych Warmiaków przed wyzyskiem. W większości ludność tej ziemi utrzymywała się z pracy na roli, z warzenia i sprzedaży piwa, również z handlu.

Pozornie Warmia pragnęła być niezależna politycznie. Przynajmniej wtedy, kiedy pozwalały na to warunki. Przybierała wtedy pozycję neutralną. Tak było w czasie wojny siedmioletniej 1757-1764 kiedy Rosjanie rekwirowali dobytek warmińskim chłopom właśnie biskup Grabowski podkreślił, że w odróżnieni od Prus, Warmia nie angażuje się w tej wojnie po żadnej ze stron. Kazał wtedy, ten sprawiedliwy rządca, na granicy warmińsko-pruskiej wbijać słupy właśnie z godłem Rzeczypospolitej, a nie z herbem biskupim ani kapitulnym. Były to pierwsze orły białe w sięgającej 306 lat przynależności Warmii do Polski. Biskup Grabowski w 1766 roku przygotował ordynację krajową w sprawie przeciwdziałania kryzysowi w rolnictwie. Została ona uchwalona na sejmiku w Ornecie. Nakazywała zwiększenie uprawy zbóż chlebowych zamiast lnu, zwiększenia hodowli, zakładania sadów i upraw warzywnych, dalej przeprowadzenia melioracji gruntów, wprowadzenia jednolitego systemu wag i miar, norm jakości pieczywa i wyrobów z mięsa. Uzdrowieniu gospodarki Warmii nie towarzyszył dobry klimat polityczny. Nad Rzeczypospolitą wisiały już czarne chmury. Fryderyk II, nazwany przez Niemców wielkim, już wtedy przygotowywał Warmii patenty okupacyjne. One powstrzymywały wprowadzenie tych ważnych reform.

2. Pomyślność Warmii, jej w miarę spokojną egzystencję w przeszłości zapewniali ludzie: Polacy i Niemcy, żyjący na tej ziemi do połowy XIX wieku w zgodzie i we wzajemnym poszanowaniu wspólnego dorobku. Był ten dorobek niszczony jednako podczas wojen polsko-krzyżackich, potem trzech wojen szwedzkich, wkroczeniu Rosjan w 1757 roku i wielokrotnego przemarszu wojsk Napoleona, ale następnie zgodnie odbudowywany. Niemcy żyli w północnej i środkowej części krainy, a więc w dawnych powiatach: braniewskich, lidzbarskim i części reszelskiego, Polacy zaś na południowej Warmii w powiecie olsztyńskim i kilku parafiach reszelskiego. Ten podział nastąpił w wyniku zasiedleń wciąż ponawianych po wojnach i panujących tu epidemiach, nawiedzających Warmię i sąsiednie Prusy Książęce. Biskupi i kapituła dbali o polskich i niemieckich katolików jednakowo, wydawali w Braniewie książki religijne oraz dążyli do tego, aby Słowo Boże docierało do wiernych w zrozumiałym dla nich języku. Do 1772 roku ze względu na język, jakim władał, nikt nie był dyskryminowany. W okresie rządów siedemnastu biskupów, od Hozjusza do Krasickiego, urzędowo obowiązywały języki: polski i niemiecki, często też łacina. Biskup Krasicki dopuścił jeszcze język francuski. Tylko jeden z biskupów w tym czasie nie znał języka niemieckiego. Był nim Szymon Rudnicki. Etnograf polskiej Warmii ks. Walenty Barczewski (1856-1928) zwracając uwagę na wyróżniki Warmii napisał: "Po drogach i polach, zwłaszcza na krzyżówkach, napotkasz często krzyże z pasją, nieraz i figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem, Bolesnej, Niepokalanej, św. Jana Nepomucena (na mostach) i innych świętych i święte. Te częste krzyże i figury świętych na publicznych placach i drogach nadają Warmii piętno szczero katolickie. Kiedy obrany Nadreńczyk, ks. dr Filip Krementz z Koblencji został biskupem warmińskim w 1867 roku, nie znając Warmii, pytał się podróżującego tamto dotąd ziomka swego, co to za kraik ta Warmia i dostał odpowiedź, że tam dużo krzyżów po drogach, zawołał radośnie: gdzie dużo krzyżów, tam i wiele miłości do krzyża". Nadto w krajobraz włożone zostały okazałe budowle sakralne, sanktuaria, do których gromadnie pielgrzymowali i nadal pielgrzymują wierni jak: Święta Lipka, Gietrzwałd, Stoczek Warmiński, Głotowo, Krosno, Chwalęcin.

Tutaj przetrwał do 1869 roku patronał polski. W 1801 roku biskup Karol von Hohenzollern kazał jeszcze przedrukować ten tekst do użytku duchownych. Modlili się więc wierni do świętych i błogosławionych: Wojciecha, Stanisława, Jacka, Kazimierza, Jana z Dukli, Ładysława Gielniowa, Kingi, dziękowali Bogu za zwycięstwo wojsk w bitwie pod Chocimiem. Kiedy w 1843 roku obchodzono uroczystości milenijne Niemiec biskup Geritz nakazał z nich wyłączyć powiaty reszelski i olsztyński.

Biskupi byli mecenasami sztuki, budowali kościoły i kaplice, fundowali stypendia wyróżniającym się młodym Warmiakom. Za ich przykładem czynili to kanonicy warmińscy. Z fundacji stypendialnej Jana Preucka (1575-1631), powołanej w 1631 roku, mogło podjąć studia w Rzymie, co roku 5-6 urodzonych na Warmii. Do połowy XIX wieku przyznano to stypendium aż 107 osobom, wśród nich przedstawicielom kultury polskiej. Oprócz tego m.in. istniały fundacje: Tomasza Wernera, Łukasza Dawida, Feliksa Reicha, Eustachego Knobelsdorfa, Jana Hannowa, Michała Konarskiego, Jana Rosenberga, Jana Kreczmara, Oswalda Nycza, Walentego Majewskiego, Jana Rudzkiego, Przecława Szemborowskiego.

Obok ludzi w sutannach, trzeba też wyróżnić budowniczych kościołów tego ze Świętej Lipki - Jerzego Ertliego, budowniczego kościołów w Krośnie i Głotowie Jana Krzysztofa Reimessa, malarzy: Macieja Jana Meyera, jego ucznia Mateusza Baytnika, braci Niedermannów, Józefa Korzeniowskiego, pisarzy i poetów: Joachima Kalnassy, Jana Drewsa.

3. Ostatnie dwadzieścia pięć lat XIX wieku stanowiły na Warmii okres, w którym przykładano większe znaczenie do kwestii językowych. Wprowadzone ograniczenia języka polskiego w szkole i kościele na południowej Warmii przyspieszyły procesy samouświadomienia polskiego pochodzenia. Historycy nazwali te lata w dziejach Warmii przebudzeniem narodowym.. Przebiegało to przebudzenie w atmosferze zbliżenia do wszystkiego co polskie. Było podsycane echem powstań narodowych, działaniami Polaków w zaborze pruskim, Pomorzu i Wielkopolsce. Do działaczy z tych ziem zwracał Andrzej Samulowski z wezwaniem, aby nie zapominali o rodakach na Warmii, gubiących swą świadomość narodową. To polskie odrodzenie zostało wzmocnione wymową Objawień Gietrzwałdzkich w letnich miesiącach 1877 roku. Mówił i pisał Samulowski "Skoro Przenajświętsza Panienka przemówiła do dzieci warmińskich po polsku to grzechem jest jeśli ktokolwiek języka ojczystego, jako daru Bożego się wyrzeka." Stąd miejscowi z pomocą bardziej wytrawnych działaczy Wielkopolski otwierali na południowej Warmii biblioteczki Towarzystwa Czytelni Ludowych, organizowali akcje petycyjne w sprawie unieważnienia zarządzenia z 14 VII 1873 roku, usuwającego język polski ze szkół we wsiach pod Olsztynem i Biskupcem, następnie doprowadzili do wydania 16 IV 1886 roku pierwszego numeru "Gazety Olsztyńskiego" i zaczęli w wyborach do parlamentu pruskiego wystawiać swego prawdziwie polskiego kandydata, bo posłowie katolickiej partii Centrum niezbyt jasno wypowiadali się w sejmie za przywróceniem języka polskiego. Wszystko to odbywało się nie bez trudów. "Gazeta" zbliżała Warmiaków do polskości. Stanowiła dla wielu elementarz i drogowskaz politycznego kierunku.

W gronie polskich Warmiaków skupionych wokół "Gazety Olsztyńskiej" wciąż brakowało księdza przywódcy, który mógłby, jak to było w innych częściach zaboru, bardziej zintegrować polskich wyborców i uzyskać mandat poselski. Jeszcze w 1893 roku w okręgu Olsztyn - Reszel wybrano posłem do Reichstagu ks. Antoniego Wolszlegiera z Dąbrówna na Mazurach. Warmińscy duchowni obawiali się represji ze strony niemieckich rządców diecezji. Obawy te były uzasadnione. W 1903 roku ks. dr Robert Bilitewski z Gryżlin za protest przeciwko zniesieniu lekcji religii w języku polskim został przez biskupa Andrzeja Thiela przeniesiony w niemieckie rejony Warmii do Wilczkowa pod Lubominem. Dopiero w 1907 roku ks. Walenty Barczewski związał się oficjalnie z ruchem polskim i od 1911 roku aż pięć razy kandydował na posła do sejmu pruskiego bądź parlamentu Rzeszy. Ostatecznie proboszcz z Brąswałdu dopiero w 1922 roku reprezentował polska ludność w sejmiku prowincjonalnym w Królewcu. W swoich pracach etnograficznych ks. Barczewski podkreślał to, co wyróżniało polskiego Warmiaka: "Ludność warmijska jest głęboko religijna, pracowita, spokojna i nadzwyczaj konserwatywna. Temu konserwatyzmowi mają niemieccy współobywatele nasi do zawdzięczenia przewagę we wszystkich zawodach, lecz temu samemu konserwatyzmowi zawdzięczamy, że lud pozostał polskim, że się oparł wszystkim germanizatorskim zapędom i że na długo jeszcze takim pozostanie (...) nie wstydzi się swego dialektu lecz jędrnie żwawo nim się wyraża (...) książki i czasopisma chętnie czyta, ale najwięcej tylko żywoty świętych, legendy o treści religijnej".

Obyczaje warmińskie były wyraźnie wpisane w liturgiczny kalendarz kościelny. Warmia nie miała swoich świętych. Oni, jak mówiono, przywędrowali tutaj z innych stron. Tak było ze świętymi Wojciechem i Brunonem z Kwerfurtu. Ostatnie lata przyniosły beatyfikację Doroty z Matowów, Reginy Protmann i księdza Władysława Demskiego. Przylgnęli jednak do Warmii znani w świecie chrześcijańskim święci. Zakorzenili się w świadomości Warmiaków dzięki rozpowszechnionym Żywotom świętych, które, jak podkreślił ks. W. Barczewski, lud chętnie czytał. Przez to święci przenikali tu w codzienne życie mieszkańców. Wspomagali ich swoim przykładem, zapobiegliwością. W swojej ziemskiej wędrówce byli wszak zwykłymi ludźmi. To ich udział w nadzwyczajnych i cudownych wydarzeniach nabierały znaczenia kultowego. Ich czyny mocno rozpalały wyobraźnię Warmiaków. Stawali się postaciami podziwianymi, mniej może ze względu na postawę, w rzeczy samej nie łatwej do naśladowania, ale z powodu cudownych uzdrowień bądź usunięcia nieszczęść albo pomocy w codziennym trudnym życiu. Święci stawali się ważnymi przewodnikami, wspierającymi w ułożeniu dalszej egzystencji, pomocni w chorobach, w uzyskaniu lepszych plonów. Warmiacy składali im ofiary w postaci świec, pielgrzymowali w łosierach, stawiali kapliczki z posągami świętych i przyozdabiali te kapliczki kwiatami. Tak jak na innych ziemiach Polski poszczególnym świętym przypisywano właściwe patronaty: św. Florian chronił przed pożarem, św. Barbara - przed piorunami, św. Michał - przed wilkami, święci Roch i Rozalia - przed epidemiami, św. Antoni Padewski wspomagał przy wszelkich zgubach, św. Błażej - przy bólach gardła, św. Apolonia - przy bólu zębów, św. Szczepan, nazywany tu św. Stefanem - wzmacniał konie, św. Marek - sprzyjał w gospodarce rolnej, św. Jakub opiekował się młodymi dziewczętami, które chciały wyjść za mąż. Szczególne znaczenie miał na Warmii kult do Matki Bożej. Potwierdzają to sanktuaria w Świętej Lipce, Stoczku Klasztornym, Krośnie, Gietrzwałdzie. Nadzwyczaj uroczyście obchodzono tu święta Maryjne. Nadawano im też tu ludowe nazwy: Uroczystość Zwiastowania to święto Matki Boskiej Roztwornej bądź Ożywiającej (25 III), Ofiarowanie Pańskie to Matki Bożej Gromnicznej 2 II), Święto Wniebowzięcia Matki Boskiej to po prostu dzień Matki Boskiej Zielnej (15 VIII),Narodzenia NMP to Matki Boskiej Siewnej (8 IX). Napotkać można w diecezji wiele kościołów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, ołtarze prawie w każdej świątyni, dużo też kapliczek. Profesor Janusz Jasiński obliczył, że przybliżeniu 60 procent wszystkich kapliczek na Warmii zostało ofiarowanych Matce Bożej. W miejscowościach, gdzie nie ma kościoła, ludzie gromadzą się aby w maju odmówić Litanię do Najświętszej Panny Marii, a w październiku - Różaniec. Zawsze odmawiano modlitwy Anioł Pański. Alojzy Śliwa w nie drukowanych wspomnieniach napisał: Gdy tylko głos dzwonka się odezwie, wszyscy momentalnie przerywają swoja pracę, gdziekolwiek się znajdują(...) i tak razem stojąc - mężczyźni w obnażonych głowach - odmawiają Pozdrowienie Anielskie. Ta spontaniczna i publiczna manifestacja religijna oddająca w jednej chwili na całej Warmii cześć Matce Boskiej, w ma w sobie coś potężnego i wspaniałego.

Mimo tego w zwyczajach Warmiacy nieco się różnili od mieszkańców innych ziem polskich. Zwrócił na to uwagę już w 1876 roku, urodzony w 1843 roku w Ornecie, Karol Emilian Sieniawski autor opracowania Biskupstwo warmińskie. Jego założenia i rozwój na ziemi pruskiej z uwzględnieniem dziejów ludności i stosunków geograficznych ziem dawniej krzyżackich, kiedy pisał: W obyczajach okazuje ludność warmińsko-polska wiele odrębności od innych szczepów polskich, które się w po części dają wytłumaczyć z odosobnienia swego i braku życia narodowe-politycznego, po części z wpływów pochodzących od narodowości obcych, a mianowicie ludności niemieckiej i dawniej litewskiej. Z drugiej strony przebijają się dziś jeszcze wyobrażenia starodawne, jakeśmy je skreślili według kronikarzy z XVI i XVII wieku (s.249). Oblewano się na Warmii wodą zamiast w Wielkanocny Poniedziałek, już w Wielką Środę, za to w drugie Święto Wielkanocne odbywało się na Warmii smaganie. Dzieci i młodzież odwiedzali krewnych i znajomych uderzając brzozowymi witkami, a niekiedy też kadykiem czyli jałowcem, po łydkach starszych i dziewczęta. W Butrynach wygłaszano przy tym orację:

Stumpa pani stumpa,
Kluczykami brzunka.
Od komórki do komórki
Szuka noża od pieczunki.
Dajcie nam świńskiego ciała
To pójdę do drugiego.

Za to smaganie otrzymywali jajka, ciasto, kawałek słoniny, niekiedy tez pieniądze.
Pośród maszkarad czyli sług, które w wigilię Bożego Narodzenia odwiedzała na wsi domostwa, centralne miejsce zajmował szemel (siwek). Był jeździec połączony niby z koniem, podobny do krakowskiego lajkonika, tyle, ze nie kolorowy, lecz biały, bo przykryty białym płótnem. Warmiacy nie znali zwyczaju święcenia pokarmów w Wielka Sobotę, ani dzielenia się w Wigilię Bożego Narodzenia opłatkiem, tego dnia też na stole nie gromadzono tyle potraw i do tego postnych.

Teraz te warmińskie zwyczaje w większości poszły w zapomnienie. Nie zostały one też zauważone w takich opracowaniach jak Zofii Kossak-Szczuckiej Rok Polski czy Józefa Szczypki Kalendarz Polski. Opisał je natomiast ks. Alfons Mańkowski w artykule Zwyczaje religijno kościelne na polskiej Warmii oraz w cytowanej już książce K.E. Sieniawski, ale też Profesor Anny Szyfer w pracy Zwyczaje obrzędy i wierzenia Mazurów i Warmiaków. Anna Szyfer prowadziła badania w terenie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, kiedy wiele zwyczajów poszło już w zapomnienie, mniej korzystała z tego, co na temat zwyczajów warmińskich napisano w polskich i niemieckich gazetach oraz to co już wcześniej zanotowali etnografowie w odniesieniu do Warmii. Musiało to doprowadzić do pewnych uproszczeń, zwłaszcza w zestawieniu z przywiązaniem Warmiaków do Kościoła. Bo charakter Warmiaka - Polaka, jak pisał K.E. Sieniawski, wykazuje wiele stron pięknych; pracowitość i oszczędność, dalej humor w dobrych czasach jak i w niedoli, wesołość i dobroduszność, złączona z pewnym rodzajem bystrości przyrodzonej; wobec obcych, a szczególnie innoplemieńców, okazuje nieśmiałość pewną, choć z natury ma odwagę, nieustraszoną i hart duszy i ciała, który często przechodzi w upór niczem niezłamany. Nie łatwo przywyka do nowości, choć o jej korzyściach jest przekonany; oddany dawniej więcej jak powinien pijaństwu, odprzysiągł się lud warmiński gorzałki, dzięki staraniom godnych swych księży, tak dalece, że w przeciągu lat kilku, półtorasta gorzelni, w samym powiecie olsztyńskim podupadło.(s.246)

Na Warmii śmierć stanowiła wejście do drugiego życia. Stąd poświęconymi w Święto Matki Boskiej Zielnej ziołami kadzony była izba kiedy z dzieckiem wybierano się do kościoła do Sakramentu Chrztu świętego oraz po śmierci kogoś z rodziny, aby odpędzić złe duchy. W pomalowaną na niebiesko trumnie (by nie odróżniała się od nieba) uderzano ręką o wieko trumny wołając: No chodź duszo na Twój pogrzeb!. Po urodzinach dziecka aż do chrztu w tymże pokoju, którym przebywało dziecko, paliło się światło, identycznie jak po śmierci aż do wyprowadzenia zwłok do kościoła i na cmentarz. Chrzestnymi w pierwszej kolejności byli dziadkowie, potem wujowie i ciotki. Dziecku darowano: sól, chleb, stalówkę i grosz, aby mu nigdy nie brakowało pieniędzy. Najdogodniejszymi dniami na wesela były poniedziałki i wtorki i do tego wczesną jesienią, aby można było bawić się cały tydzień. W XVIII wieku ustalone były przepisami; ilu gości według stanu mogło uczestniczyć w weselu. W Zapusty, trwające dawniej na Warmii trzy dni naprawdę się bawiono, aby w Wielkim Poście autentycznie przeżywać Mękę Chrystusa. Warmiacy byli pobożni. Brali nie tylko udział w niedzielnych Mszach świętych., chętnie także w nabożeństwach nadobowiązkowych jak roratach w Adwencie, Drodze Krzyżowej w Wielkim Poście oraz tradycyjnie już w Nieszporach. Tam gdzie nie było kościoła, to odprawiano je w domu. Przystępowali do spowiedzi Wielkanocnej pokornie oddając obowiązkowe kartki. Dawniej jeszcze urządzały sobie niektóre rodziny dodatkowe pokutne dni, albo zimne dni, kiedy cała rodzina w szczególnej intencji przystępowała do Sakramentu Pokuty. Nie gotowano wtedy ciepłej strawy. Domownicy spożywali to, co zostało przygotowane wcześniej. Dla mieszkańców Mingajn i Kaszun w powiecie braniewskim takim dniem było św. Floriana (4 maja) każdego roku. Wielu było także członkami bractw kościelnych w mieście i na wsi. W Braniewie było 13 bractw, w Elblągu 15, w Ornecie 9, w Pieniężnie 8, w Dobrym Mieście istniało 5, w Lidzbarku 7, w Malborku 4, w Olsztynie 8. O tym, że również na wsi istniały bractwa dowodzą zestawienie członków Bractwa Opatrzności Bożej, zebrane przez Gerharda Glombiewskiego oraz bractwo św. Anny w Sząbruku. Nie stronili przed wspólnym odmawianiem Litanii do Matki Bożej i Różańca. Różaniec poświęcony w Gietrzwałdzie był na Warmii prawie relikwią. Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że różaniec dla Angeliki Kotthaus z Jesionowa zesłanej w 1945 roku przez Rosjan do pracy na Syberię stanowił ostoję przetrwania. Nie był to wyjątek.. Gromadnie pielgrzymowali Warmiacy w swoich łosierach i nie tylko do sanktuariów, ale też sąsiednich parafii na południowej Warmii, do Lamkowa na Świętego Augustyna, Jonkowa i Ramsowa na świętego Rocha do Klewek na świętego Walentego, do Bartąga na Święto Opatrzności Bożej, do Barczewa na świętego Antoniego, do Sząbruka na święta Annę. Wiele też razy w roku gospodarze pokrapiali wodą święconą swoje domy i zagrody. Raz w roku odbywała się kolęda. Dawniej ksiądz proboszcz odwiedzał swoich wiernych w październiku bądź listopadzie jak ukończone zostały prace w polu. Nie stronił też na zakończenie przed dobrą kolacją.
W przeszłości kultywowały te obyczaje polskie i niemieckie towarzystwa, zarówno te jak powstałe w marcu 1891 roku Polsko-Katolickie Towarzystwo "Zgoda" pod wezwaniem św. Kazimierza i analogiczne towarzystwa św. Józefa w Butrynach i św. Wojciecha w Gietrzwałdzie jak też niemieckie Stowarzyszenia św. Cecylii i św. Boromeusza. Ostatni trzej biskupi niemieccy ograniczali język polski w kościele. Od 1 stycznia 1887 roku biskup Andrzej Thiel nakazał wprowadzenie w kościołach na południowej Warmii w każdą pierwszą niedzielę miesiąca kazanie w języku niemieckim. Potem tę liczbę zwiększano. W momencie wybuchu drugiej wojny światowej, poza samym Olsztynem, gdzie co niedzielę wygłaszano polskie kazanie, w większości świątyń pod Olsztynem odbywało się jedno nabożeństwo polskie w miesiącu.

Im bliżej naszym czasom polskie życie religijne było mocno ograniczone. Sprowadzało się ono do wiejskich parafii na południowej Warmii. W nabożeństwach przeważnie brali udział ludzie starsi. W węższym zakresie o wychowanie religijne dzieci, poza nielicznymi księżmi rozumiejący swoją posługę, zabiegali nauczyciele polskich szkół, powstałych tu w 1929 roku. O utrzymanie liczby polskich nabożeństw wciąż zabiegał Związek Polaków, który podejmował różnego rodzaju działania, w tym także miejscowi działacze złożyli skargę na biskupa Augusta Bludaua do Papieża za ograniczanie polskich kazań, śpiewu i katechizacji dzieci w ich języku ojczystym.

Wdzierająca się do warmińskiego zaścianka cywilizacja, plebiscyty w 1920 roku, dwie wojny światowe z ostatnią tragiczną fazą tej drugiej, która dokonała przemieszczeń ludnościowych, wreszcie totalitaryzmy: hitlerowski i komunistyczny, mocno naruszyły dawne przyzwyczajenia Warmiaków, ich oparcie na tradycji i wzorze przodków. W 1945 roku na historycznej Warmii pojawiło się nowe zjawisko. Na tereny zdominowane przez kulturę warmińską napłynęły ludzi o innych obyczajach. W większości byli to Polacy ze wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej i sąsiedniego Mazowsza. Dla nich obce były: architektura, pomniki, książki, wystrój wnętrza domu, osobliwie brzmiąca gwara warmińska. Mieli oni trudności z zadomowieniem się w innym krajobrazie kulturowym. Mało tego podsycani niewiedzą we wszystkim widzieli tu wrogie, niemieckie, a więc nieprzyjazne po najstraszliwszej z wojen, wywołanej przecież przez Niemców, tych którzy okazali się sprawcami ich nieszczęścia. Czas goił jednak rany. Przybyszów zadziwiał warmiński wzór życia rodzinnego, kult pracy, schludność, porządek, gospodarność, dbałość o wystrój estetyczny wsi i otoczenia, prawdziwe przywiązanie do Kościoła katolickiego. Tu z nadzwyczajną estymą cieszył się ksiądz. Stanowił autorytet także w sprawach świeckich. Był doradcą w kłopotach rodzinnych, przy podejmowaniu ważnych decyzji życiowych. I wszystko to miało autentyczne uzasadnienie. Warmiacy nigdy nie demonstrowali swojej religijności. Poza niedzielną Mszą św. to w Wielkim Poście uczestniczyli w drodze krzyżowej, w maju wspólnie odmawianej Litanię do Matki Bożej, w październiku gromadzili się na różańcu, nadto przywiązywali duże znaczenie do niedzielnych nieszporów. W czasie ostatniej wojny pewna kobieta przybyła do Olsztyna ze względu na naloty alianckie na zachodnie tereny Niemiec, zauważyła w Olsztynie: "Kiedy w niedzielę postrzegam tu w mieście ludzi udających się do kościoła - czuję się zawsze bardzo grzeszną".


***

Warmia jest młodszą córą katolickiej Europy, ale chyba najwierniejszą. Złożyły się na to ważne powody, ale i to, że była tak szczególnie związana z w przeszłości z Rzeczpospolitą, że polscy biskupi nadawali mieszkańcom tej krainy polską kulturę, która tu się zakorzeniła i stworzyła osobliwą tradycję, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Mniej więcej sto lat temu ksiądz Romuald Frydrychowicz ujął to obrazowo: "Pomimo zabiegów niemczenia (...) polska ludność uczepiwszy się biskupiego płaszcza zdołała narodowość utrzymać". Odnosiło się to rzecz jasna do południowej Warmii.
Na Warmii zawsze obecny był autentyczny kult maryjny, przecież tradycyjnie polski. Przez to także związał się z tą krainą, żywiący od dzieciństwa nadzwyczajną cześć do Matki Najświętszej, Sługa Boży Prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński. Na Warmii więziony w Stoczku oddał siebie Marii w niewolę. I z tego zniewolenia stał się zwycięzcą.
Z Warmią związany był Jan Paweł II. Nazwał Warmię 6 VI 1991 roku w Olsztynie - ziemię świętą. Dziękował Warmii za Papieża, za letnie wypoczynki, ale z Warmią łączyła Go też Matka Boża, koronował wraz z Prymasem Tysiąclecia, cudowne obrazy w Gietrzwałdzie i Świętej Lipce, Matkę Bożą Pokoju koronował już jako Papież na Wałach Jasnogórskich 19 VI 1983 roku.
Jeszcze jako arcybiskup i kardynał brał udział w ważnych dla tej ziemi wydarzeniach kościelnych. Najważniejsze Jego wystąpienie było w 1965 roku w Olsztynie w czasie uroczystości 20-lecia administracji kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych, kiedy mówił o związkach Warmii z Krakowem, o tym niezwykłym szlaku, których łączył Uniwersytet Jagielloński z Lidzbarkiem. Zmierzali nim biskupi i kanonicy warmińscy z wielkim Mikołajem Kopernikiem na czele.
Zawsze też Papież Polak, co na pewno państwo też odczuwali, z wielką życzliwością, tam w Watykanie w czasie spotkań z Polakami, odnosił się do ludzi z Warmii. O tym będziemy zawsze pamiętać.

© Wszelkie prawa zastrzeżone.

Czytaj więcej...

Mapa odkryć Tannenbergu

Poszukiwanie zabytków

Tekst prezentowany poniżej został napisany przez p. Damiana Czerniewicza, dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury w Jonkowie. Chcielibyśmy poprzez jego opublikowanie zapoczątkować szerszą dyskusję nad kontrowersyjną sprawą poszukiwań zabytków z użyciem wykrywaczy metali.

Damian Czerniewicz Mapa odkryć Tannenbergu

„Tannenberg” jak niegdyś, to także dzisiaj wysokie łąki, zapomniane lasy, mokradła i niekończące się jeziora. To niedostępne okolice, gdzie zapuszczają się tylko drwale, wiekowi grzybiarze i niezmordowani detektoryści, jak i orne pola przy często ruchliwych drogach. Bitwa i to co działo się potem, objęła swoim zasięgiem praktycznie całą Warmię i południowe Mazury. Odkrywane, nie znane historii bitwy epizody, to dzisiaj ślady zagubionych w borach i pamięci, rozbrajanych i rozbrajających się jednostek, osobistych ludzkich tragedii, które idą w parze z wciąż mało rozpoznanymi fazami samej walki, której ślady w różnej postaci można napotkać także tam, gdzie dzisiaj łowi się ryby, rosną oziminy czy coraz bardziej popularna intensywnie nawożona marchew. Opowieść o skarbach Armii Narew, rozsianych na olbrzymim obszarze, odkrywanych z pasją przez wielu, jest zbiorem lat doświadczeń, które być może pomogą nie tylko w odnalezieniu utraconych ponad 90 lat temu, kolejnych wciąż niszczejących świadectw naszej historii. Tak to już ze skarbami przecież jest, że jedna wskazówka, ujawnia następną, wiodącą do wymarzonego finału. Nie byłoby ich wcale, gdyby nie towarzysząca nam od zarania, tak krępowana dzisiaj, już nie przez oceany czy lodowe granie pasja odkrywania. Gdyby nie nadzwyczajna, ludzka ciekawość, silniejsza od wszelkich ograniczeń, tajemnice wydzierane przeszłości... zresztą, sami posłuchajcie...

Strumienie

Dwadzieścia lat temu, a może wcześniej poszukiwania skarbów w leśnym kotle{1} rozpoczęli także ludzie, którzy, nie oczekiwali „jedynie”stu, trzystu kilogramów czy jak protagoniści tej potrzeby, ich poprzednicy całego złota Inków. Pasją, która gnała pierwszych „klozetowców”{2} przez wykroty starych nasadzeń i zarastające łęgami kanały melioracyjne zapomnianych pastwisk, była chęć rozpoznania oddalającej się, niejasnej, więcej już legendarnej historii, chociaż może nie tak jeszcze odległej ale przynajmniej wciąż „legalnej”. Czym że była przez 60 lat w zestawieniu z tajemnicami ostrogockich księżniczek, pamięć o pruskim zwycięstwie nad drugim ciemięzcą, dla jedynie słusznej serii z pepeszy uwiecznionej na tej czy tamtej pamiątkowej tablicy, szwabachą a nawet cyrylicą pisanej... Wędrówki szerokimi połosami{3} rozpoczynały się od poszukiwań jakichkolwiek sygnałów, na które oczywiście przy pomocy sprzętu własnej konstrukcji, można było trafić bez problemu nawet na odległych mokradłach. Zbiór pierwszych danych stanowiły więc podkowy, czasem strzemię czy stalowy orczyk lub zapyziały koński munsztuk. Duży sygnał to duży przedmiot lub coś znajdującego się głębiej, więc nie tylko takie znaleziska wzbogacały dzisiejszą wiedzę o tym co i gdzie wydarzyło się po bitwie. Szczyty sztandarowych drzewiec, odnajdywane od Uścianka po Wielbark w cynkowych i stalowych nosidłach na amunicję, czekały głęboko pomiędzy innymi skrzynkami pełnymi pocisków do armat „prawosławnych”{4}. To nie kwestia jedynie dziewiczego terenu czy nie tkniętych „miejscówek” decydowała o odkryciach z górnej półki a wytrwała wędrówka wielu osób wąskimi pasami terenu ciągnących się z przerwami pozostałości ekwipunku. Dzisiaj, dyskryminowane często przez szukających wytrawnych śladów uciekającej armii, omijane przez wyczulone na drobny mosiądz i płytko, o czym jeszcze będzie widzące sprzęty, wciąż skrywają nie jedną wartą zapomnienia o „trybie dyskryminacji”{5} tajemnicę. Pierwsze poszukiwania opierały się na dostępnych na bazarach czy małych antykwariatach, nielicznych, propagandowych, pochodzących z dwudziestolecia niemieckich książkach oraz światło- i kserokopiach jedynego polskiego również z przed wojny opracowania. Zamieszczone w nich mapy w bardziej lub mniej udany sposób, próbowały przedstawić zamęt Tannenbergu, grubymi liniami wskazując drogi ucieczki pokonanych korpusów. Z jednej strony rzetelne, liczne niemieckie źródła w tym pułkowe zapisy a nawet wspomnienia, oferują dane stosunkowo jednostronnie opisujące wydarzenia zwycięskiego odwetu na słowiańszczyźnie. Oczywiście poszukiwanie tam, gdzie solidnym kołem obrysowano cyfrę wziętych do niewoli jest jak najbardziej trafne. Zabranie się za sukcesywne badanie terenu o powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych jest już znacznie mniej chętnie dobieraną metodą, chociaż tak właśnie wygląda leśny kocioł Tannenbergu, o czym przecież dzisiaj, większość z nas już wie.

Bez przecinania odnajdywanych strumieni mosinowskich dupek{6} wiodących z zachodu na wschód i wijących się niemal nie widocznymi leśnymi duktami, podążania trawersami za wąskimi pasami rozrzuconego żelastwa, łączącymi pozieleniałe fundamenty nieistniejących domostw, liczyć można jedynie na św. Krzysztofa lub... „Dokłady komisji generała Pantelejewa”{7}. Chociaż studia niedostępnych do niedawna, ciurkiem pojawiających się materiałów pochodzących z państwowych archiwów rosyjskich, bez zestawienia ich z dokonaną dzięki drwalom i detektorystom długą listą odkryć, wiodłyby do kolejnej metody „na około”.

Wiedza, jaką przyniosły odkrycia już pokoleń poszukiwaczy jest nieoceniona także dla przyszłych, jak się zdaje bardzo odległych fachowych badań. Chyba, że pola bitewne I wojny, niebawem staną się w naszym kraju obiektem zainteresowania „poszukujących kontekstu inaczej”{8}. Kontekst, jak wiemy, najważniejszy aspekt dokonywanego odkrycia, „pod Tannenbergiem” zbliżył się oto do świata laików w sposób niezwykle istotny. Dzięki „nowemu pojęciu kontekstu”{9}, konferencje naukowe, gdzie akademicy poznają obecnie typy uzbrojenia walczących stron, zasoby i metody korzystania z archiwów akt nowych oraz stosunek zwycięzców do zwyciężonych, czy poziom wiedzy młodzieży na temat I wojny w regionie, z pewnością wzbogacą się o odczyty dotyczące zaginiętych bez wieści w czasie ucieczki tysięcznych kolumn także naszych przodków i świadectw tych wydarzeń w postaci nie tylko aparatu Hughesa{10}.

Nowy Kontekst

Kilkaset osób, od kilkunastu lat, przy użyciu wysokiej klasy urządzeń, wydając niebagatelne pieniądze, przemierza dziesiątki kilometrów pól bitewnych Tannenbergu, ciesząc się z każdego odnalezionego guzika. Jedni posiądą wspaniałe wspomnienia z letniej wyprawy tropem skarbu gen. Samsonowa, inni powodowani strachem przed konsekwencjami włożą go do szuflady, jeszcze inni anonimowo sprzedadzą, co skądinąd wzbogaca tak sprzedającego jak posiadającego czyli obywateli w kontakt nie tylko z historią żywą ale co chyba najważniejsze kulturowo. W ten sposób bogaci się także państwo{11}. Jak wiemy w kontekście obowiązującego prawa trudno jest pochwalić się publicznie cenniejszym znaleziskiem, bez narażania urzędu na konsekwencje. Urząd, zobligowany kulawym prawem, przyjmując cenne znalezisko musi zająć wobec jego pochodzenia określone stanowisko. Gdy zabytek jest dużej klasy, tym bardziej. Szczęśliwie nie musi go zajmować wobec przedmiotów nie zgłoszonych, gdyż nic o nich nie wie. Przy okazji ten urząd, który zaprenumerował miesięcznik, jak i ten który zajął stanowisko przyjazne dowiedzą się przeto, jakie tajemnice skrywają zbiory anonimowych pasjonatów, więc z całym szacunkiem, kłopotliwego dla siebie stanowiska zajmować nie musi{12}. Między innymi w tym nowym kontekście, spróbuję przestawić wszystkim zainteresowanym odkrycia przedmiotów, które podkreślam z całą pewnością nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie poszukiwania prowadzone przez laików. Niech łamy miesięcznika będą kolejnym pomostem ułatwiającym współpracę zainteresowanym stronom, prowadząc do, co niewątpliwe zmian zapisów nieszczęśliwej ustawy o zabytkach lub uchwalenia całkowicie nowej w kontekście prowadzenia poszukiwań.

Nie da się ukryć, iż wiele osób wyrusza „pod Tannenberg” motywowanych piękną, właściwą pasji poszukiwaczy tajemnic tej bitwy idee fix - odnalezieniem „prawdziwego” skarbu. Jak głosi nie tylko legenda, gdzieś na drogach odwrotu Armii Narew miałaby być ukryta armijna kasa lub kasa generała Samsonowa. Przy okazji poszukiwania kasy, odkrywane są kolejne, fascynujące skarby 2. Armii, które cieszą swoich znalazców, nie mniej niż magiczny żółty metal cieszył odkrywców nowego świata. Są nimi guziki, żołnierskie klamry, szable czy bebuty, bagnety, zniszczone karabiny, żołnierskie żetony, siodła i bączki z czapek. Wytrwali odnajdują swoje pierwsze pułkowe odznaki czy znaczniejsze medale. Obok, dziesiątków wspominanych a niedocenianych podków, w ziemi zalegają odłamki, taśmy wiodące artyleryjskich pocisków i łuski karabinowej amunicji. To wszystko Wiecie ale piszę o tym dlatego aby zwrócić Waszą uwagę na fakt, iż te skarby najczęściej znajduje się stosunkowo blisko powierzchni. Tannenberg, głuchy w miejscu, gdzie należałoby spodziewać się szaleństwa sygnałów, w innym wciąż dzwoni kolorem. Tymczasem tam, gdzie nie ma wydawałoby się nic, spodziewać się można „prawdziwych” skarbów. Święty Krzysztof wspomógł poszukiwacza, który odnalazł sztandar rosyjskiego 144. Pułku, oddając świadectwo ostatnich chwil dowódcy i kilku pozostałych przy życiu żołnierzy z niewielkiej głębokości. Dookoła była cisza. W bezpośredniej odległości od miejsca odkrycia, również płytko zalegały zużyte karabinowe łuski obu systemów{13}. To wyjątek od reguły, mówiącej iż tak znaczących odkryć nie można spodziewać się tak płytko. Sztandar zagrzebany w pośpiechu w leśnym humusie, porzucony wręcz przez ochraniających go żołnierzy, nie był wszak obiektem, który traktowano z taką lekkomyślnością. To przykład, iż żołnierze walczyli do końca i do końca próbowali unieść sztandar z zagrożonego miejsca jak i na to, iż od miejsca, gdzie cały 144. Kaszyrski pułk systematycznie rozstrzeliwała pruska artyleria do miejsca odnalezienia sztandaru dzieliła spora przestrzeń kilku kilometrów. Miejsca ostatnich walk danych jednostek, od miejsca ukrycia ważnych dla nich obiektów, w przypadku Tannenbergu dzielą często dziesiątki kilometrów. Jak w takim wypadku trafić na kolejny sztandar ? Dotychczasowe wieloletnie odkrycia, kwerendy, studia nowych materiałów, regularne przeszukiwanie wytypowanego obszaru i oddział pasjonatów mogą być dobrym sposobem na odnalezienie kolejnego ważnego wojskowego symbolu, który gdyby ponownie miał się „podnieść” przypadkiem, to jedynie dzięki Św. Krzysztofowi. Co też z tym świętym...

Szczyt, czy też po naszemu grot sztandaru 22. Nieżegorodzkiego pułku, nosił ślady przebywania w ogniu. Jednym ze świadectw, iż sztandar został spalony przez żołnierzy pułku jest zeznanie złożone w 1914 roku przed komisją badającą przyczyny tannenberskiej klęski. Odnaleziony w pobliżu wsi Sadek, ponownie w pobliżu zrujnowanego siedliska, całkowicie odpowiada pewnej metodzie stosowanej przez ukrywających, drodze jaką resztki pułku przebyły do punktu rozbrojenia i wzięcia ich do niewoli jak i wersji szczytu, jaki posiadał sztandar pułku, jedyny taki w całym korpusie. W przypadku innych jednostek, jest podobnie, więc dane zawarte w „tabeli sztandarów” zebrane na podstawie dokonanych odkryć i rosyjskich dokumentów z przed lat są wiarygodne. Pozostają sukcesywne badania okolic „strumieni” w tym kontekście i tradycyjnie miejsc... gdzie nie ma nic.

Gdyby sztandar 30. Połtawskiego pułku, nie został znaleziony w... Muzeum Wojska Polskiego, 30 lat po jego właściwym odkryciu przez żołnierzy LWP, w pewnym sensie nie wiadomo byłoby, gdzie rzeczywiście dokładnie szukać kolejnych... Z braku miejsca, na razie wspomnieć należy o zbiegu okoliczności, lub wskazówce... jaka miała miejsce w przypadku nowego i poprzedniego odkrycia. Sztandar odnaleziony w latach siedemdziesiątych na poligonie pod wsią Chwalibogi, ukryty został w cynkowej skrzynce na głębokości około 1,5 metra, w odległości 15 metrów od brukowanej drogi, kilka metrów od ruin mazurskiego siedliska, pod korzeniami trzech starych brzóz. „Nowy” szczyt sztandaru, jaki został odnaleziony, znajdował się w cynkowej skrzynce, na głębokości około 1,5 metra w odległości... Poszukiwania kolejnych fragmentów sztandaru, jak się wydaje 24. Symbirskiego pułku miały miejsce w rejonie na zachód od Wielbarka. Póki co, zapraszam Was do studiów tabeli ukrytych i zaginionych sztandarów Tannenbergu i ich elementów...

Skarby Armii Narew

Ołtarz polowy jednego z pułków, do którego wiódł strumień rozbrojenia wymieszanych jednostek XV i XIII Korpusu, odnaleziony został pomiędzy osadą Kiliszki i wsią Głuch. Najczulszy z dostępnych na rynku wykrywaczy, nie mógł zdeterminować do podjęcia decyzji - kopać czy nie. Głębokość ukrycia okazała się ledwie dostępną dla standardowej cewki granicą. Jedynie doświadczenie operatora{14} oraz wiele lat poszukiwań różnych osób i ich efekty pomogły podjąć odpowiednie działanie. Porzucony wręcz, w żaden sposób nie zabezpieczony, wymieszany zespół przedmiotów liturgicznych, wydobyty został z głębokości około 1 metra. Srebra i platery przetrwały do naszych czasów w fatalnym stanie. Ukryte w ostatniej chwili, nocą 30 sierpnia 1914 r odnalezione zostały dzięki „przypadkowej współpracy”{15} wielu osób. Gdyby nie halo, jakie utworzyło się dookoła depozytu w procesie utleniania się metalu, na zawsze pozostałby na podmokłych łąkach i torfowiskach, pogrążając się dalej w niepamięci zawróconego w ostatniej chwili, odchodzącego w niebyt wojennego epizodu. Chyba, żeby Św. Krzysztof... albo nieszczęsny pułkowy swiaszczennik{16} wymodlił przypadkowe odkrycie swojego zaginionego gdzieś w Prusach ołtarza.

Gdyby wszystkie odkrycia Tannenbergu zebrać na jednym stole... kilkunastu stołów by nie starczyło. Ilość skarbów jakie oddał i oddaje Tannenberg zebrana w jednym miejscu, zaskoczyłaby nas Wszystkich. Są to najprawdziwsze, imaginowane przez pasję skarby, w postaci nie tylko przepięknych kosztownych orderów, odznak szkolnych czy pułkowych, zrabowanej przez kozaków złotej i srebrnej biżuterii czy dostojnych pieczęci wojskowych dokumentów. Nagrodowe, złote oficerskie zegarki, odnajdywane niegdyś pod krzakami w czasie grzybobrania, czy święty Jerzy{17} wysyłający po stu bez mała latach płomienne refleksy z pomiędzy sosnowych igieł to kolejne przykłady odnajdywanych w strumieniach, często delikatnych śladów pamiątek prowadzących niejednokrotnie już do odkryć o jakich niegdyś jedynie rozprawiano, wybierając się w poszukiwaniu kasy generała Samsonowa, czyli skarbu Armii Narew. Poszukiwanie tego skarbu zamieniło się w instytucję poszukiwawczą żyjącą własnym życiem, nie od dzisiaj pobudzającą do działania Wielu.

Pierwsi odkrywcy, dopadali łupów w zdobytych rosyjskich pułkowych taborach. W czasie bitwy i tuż po niej, Niemcy przejmowali sumy rzędu od kilkudziesięciu tysięcy do, jak wspominał pruski gen. von Fracois około jednego miliona rubli w monetach i banknotach.{21} Nie wiadomo czy kwota ta była realna, czy był to kolejny sposób na uwypuklenie pruskiego zwycięstwa. Podobnie rzecz się miała z liczbami zabitych i wziętych do niewoli Rosjan, armat, koni i innego wojennego dobra. Niemniej, w pułkowych taborach i potem odnajdywano różne kwoty w sporej liczbie. Oznacza to ni mniej ni więcej, iż jeśli kasa 2. Armii istniała, to musiała podróżować jedynie ze sztabem i na pewno nie służyła do wypłacania bardzo rozlicznych sum generalnie wszystkim uczestniczącym w pochodzie do Prus Wschodnich. Wielokrotnie uzupełniane, wydane w wielu kolejnych wersjach przepisy i regulaminy dotyczące „sztuki prowadzenia pułku” autorstwa carskiego pułkownika, naszego rodaka Malinowskiego, podają dokładnie za co należały się tak zwane „dniewki”{18}, oraz ile wypłacano tzw. furażnych, priwarocznych czy herbacianych pieniędzy, począwszy od szeregowca a skończywszy na generale. Żołnierz otrzymywał np. 15 kopiejek miesięcznie na sadło, herbatę itp., kolejne 25 kopiejek na inne potrzeby a w przypadku uczestniczenia w wojnie, za jeden dzień w zależności od szarży od kilkudziesięciu kopiejek do paru rubli. W świetle także niemieckich zapisów dotyczących przejętych pułkowych pieniędzy, mamy do czynienia z monetami srebrnymi. W świetle odkrytych ostatnimi laty kas pułkowych, wiemy że były tam monety od 1 miedzianej kopiejki do 50 kopiejek w srebrze. Inaczej nie można byłoby płacić niewielkich i dokładnych sum chociażby „dniewek” i innych kwot wszystkim, którym się one należały. Zawierały one po prostu tzw. „zołotniki”{19}, gdyż jak wszystkie pieniądze imperium „opierały się” na parytecie złota. Należna, określana co rok liczba „zołotnika” odpowiadała danej wadze np. należnego pudu kaszy. Zołotniki i kasza należały się całej armii. Oczywiście nie można wyobrazić sobie kolejki po wypłatę do jedynej armijnej kasy, więc należy pomyśleć, co mogło znajdować się w kasie wiezionej ze sztabem i do czego jej zwartość miała służyć. Także dowódcy korpusów powinni dysponować sporymi kwotami. Tymczasem dowódca XIII Korpusu, gen Klujew, gdy zajął Olsztyn ani myślał płacić za kilkadziesiąt tysięcy bochenków chleba, jakie był zamówił w mieście, grożąc za nie wywiązanie się z zamówienia jego zniszczeniem. Czy było to jedynie wojenne prawo najeżdżającego? Dlaczego szukając tego skarbu oczekujemy, zagrzebanych w lesie, legendarnych kilkuset kilogramów złota? Śmieje się ten, który czytając te słowa, wie co odnalazł pod płotem leśniczówki Uścianek{20} ale jeśli było to złoto, to dlaczego przez tak długi czas, pomiędzy znanymi długimi już latami poszukiwań przy użyciu wykrywaczy w grupie kilkudziesięciu osób odnaleziono jedynie jedną i do tego fałszywą pięciorublówkę?

Pytania mnożą się także, gdy zastanawiamy się czy kasa 2. Armii nie została w Warszawie czy Modlinie, skąd wyruszyła na podbój Prus. Jednakże regulaminy mówią swoje i jak się zdaje, tędy właśnie droga czyli jak, ile i po co zabrać miał ze sobą pieniędzy sztab rosyjskiej armii wyruszającej na wojnę... O tym przy kolejnej okazji, gdyż trzeba jeszcze szybko wspomnieć o prawie 40 kilogramach srebra w 50 kopiejkowych monetach, czyli kolejnym skarbie Armii Narew, który całkiem niedawno odnaleziono u brzegów... pewnego jeziora. Szpital polowy wypełniony oficerami kilku pułków, osaczony przez landwerzystów, opierając się o linię brzegową jeziora, w ostatniej chwili pozbył się walorów, jak się wydaje należących do kilku jednostek... Worki z pułkowymi pieczęciami XV korpusu, jeden za drugim wpadały do wody. Rozjuszeni Prusacy, długo mścili się na wziętych do niewoli rannych żołnierzach...

Dzisiaj pozostaje nam wyrywkowa pamięć i durna zazdrość, iż tak wielu ciekawych świadectw historii nie można poznać do końca i obejrzeć choćby raz na jakiś czas, w dobranym miejscu, w postaci chociażby depozytu, jak ma to miejsce w Londynie przy okazji wystaw także nabytków odkryć dokonanych przez amatorów. Do tego zapewne nikt z naukowym tytułem, nie pokusi się o nowe opisanie historii pewnej bitwy, w oparciu o fascynujące, jednakże strzępy nowych danych, jakie możemy dzisiaj poznać jedynie... dzięki zbiorowej a wybiórczej pamięci wielu pasjonatów. Skarby 2. Armii wciąż czekają - na odważnych...

Przypisy:

{1} leśny kocioł – olbrzymi kompleks leśny ciągnący się na obszarze byłego poligonu pomiędzy miejscowościami Jedwabno, Muszaki, Wielbark, gdzie w 1914r trafiły niedobitki rosyjskiej 2. Armii
{2} klozetowiec – wykrywacz o sporej, niewypełnionej użebrowaniem sondzie, wykonany samodzielnie lub pozyskany z wojskowego demobilu
{3} połosy – z ros. szeroka, wolna przestrzeń między np. leśnymi kompleksami
{4} armata tzw. prawosławana - popularna i sprawdzona rosyjska armata polowa używana także
przez wojsko polskie w okresie 20 lecia wojennego
{5} tryb dyskryminacji – opcja umożliwiająca odrzucanie przedmiotów żelaznych i stosowanie uprzedzeń
{6} mosinowskie dupki – niższe części rozerwanych łusek karabinowych systemu Mosina
{7}”Dokłady prawitielstwiennoj komisji dla rassliedowania usłowij i priczin gibieli 2. Armii w Wostocznoj Prussii osieniu 1914g” - zbiór dokumentów tzw. komisji gen. Pantelejewa poszukującej jesienią 1914 roku przyczyn klęski armii gen. Samsonowa w Prusach Wschodnich
{8} poszukujący kontekstu inaczej- przy użyciu planigrafii, niwelacji, teodolitu itd. - metodami naukowymi
{9} nowe pojęcie kontekstu - współpraca planigrafistów, niwelatorów i pasjonatów w oparciu o zbiory danych pozyskanych przez tych trzecich
{10} aparat Hughesa- urządzenie służące do komunikowania się drogą radiową
{11} bogaty obywatel=bogate państwo=bogaty obywatel
{12} brak potrzeby zajmowania stanowiska nie tylko z powodu braku zgłoszenia odkrycia obiektów zabytkowych
{13} karabinowe łuski obu systemów – łuski naboi do niemieckiego karabinu Mausera i rosyjskiego Mosina
{14} doświadczony operator – niezastąpiony, niezwykle przydatny dzięki wieloletniej praktyce użytkownik detektora
{15} przypadkowa współpraca – zespoły poszukiwaczy latami wędrujące jeden za drugim w celu podejrzenia miejscówki
{16} swiaszczennik – pułkowy, prawosławny duchowny (odpowiednik kapelana)
{17} Św. Jerzy – krzyż św. Jerzego – jedna z najwyższych, niezwykle drogocenna nagroda rosyjskiego imperium
{18} dniewka – kwota należna żołnierzowi regularnej armii rosyjskiej za uczestnictwo w wojnie, w miarę możliwości codziennie wypłacana
{19} zołotnik – miara określona liczbą odpowiadająca realnej wartości w oparciu o parytet złota (oznaczona np. na rantach srebrnych monet 50 kopiejkowych)
{20} dwie dziury pod ogrodzeniem „leśniczówki” w Uścianku powstały w celu wydobycia złota 2. Armii
-znalazcy uciekali ze skarbem tak szybko, że pozostawili wspomniane dziury nie zasypane
{21}Herman von Francois- "Tannenberg. Das Cannae des Weltkriege in Wort und Bild". Berlin 1926.

Maria Korybut-Marciniak - Madonny w warmińskiej rzeźbie ludowej

Madonny w warmińskiej rzeźbie ludowej

Image

Prezentujemy Państwu ciekawą pracę Pani Marii Korybut-Marciniak Madonny w warmińskiej rzeźbie ludowej.

Praca powstała w 1998 roku w Instytucie Historii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego jako praca proseminaryjna na zajęciach z Historii Nowożytnej Ziem Polskich u Pana Doktora Janusza Hochleitnera.

Dziękujemy w imieniu czytelników Pani Marii Korybut - Marciniak za przekazanie swej pracy naszemu portalowi!

Madonny...

Praca zapisana jest w plikach *.PDF. W celu pobrania nalezy kliknąć prawym przyciskiem myszki i wybrać opcję "zapisz jako". W przeciwnym razie plik otworzy się bezpośrednio w przeglądarce. Aby przeglądać pliki należy posiadać zainstalowany darmowy program Adobe Acrobat Reader.

Elżbieta Kaczmarek - Kultura ludowa Warmii

W dziale "Kultura ludowa Warmii" prezentujemy Państwu cykl wykładów Pani Elżbiety Kaczmarek - kierownika Działu Etnografii Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie na temat kultury ludowej Warmii. Wykłady te były wygłaszane w domu "Gazety Olsztyńskiej". Serdecznie dziękujemy za udostępnienie wykładów!

S. Pieniężny/Kuba spod Wartemborka

Kuba spod Wartemborka

„Gazeta Olsztyńska" nr 1 — czwartek, 1 stycznia 1925 roku

Kochane Czytelniczki i Czytelnicy!
Co wyśta sobzie myśleli, gdyśta tak długo nie zidzieli moji psiankny gamby i nie słuchali mojego mądrego godania. Niejedni z Waju pewnie myśleli, że pan Kuba himer, drudzy pewnie, że sia łobabziuł, a znowu drudzy, że mnie Maksek zwojował. Kto tak myśloł, nie zgot. Po tych welunkach, cośta tak okrutnie fest spali albo siedzieli u matki za szorcam, grabnół mnie jod i wyjechałem aroplanem do tych Ryfów, co mieszkają w Maroku, aby im pomóc w wojnie z Hiszpanami. To so całkiem insze ludzie, łoni przynojmniej ziedzą, co chcą. Hiszpanów mocno zbzili, tak że nieboraki na łosiolkach, laufszrit marsz, marsz, musieli rejterować. Strasznie sia na Waju rozjadoziulem i przyrzekam sobzie w duchu, że już nic do Waju psisać nie banda! Dlaczego wyśta wciurcy nie poszli welować? Toć jo tak mocno prosiułem i rozmaziałem, żebyśta wasza sztyma łoddali na numer psiantnasty, a tu jęk dostałem telegram ło wyniku wyboru, to mi aż w gambie łustalo. „Na nic moje gadanie, na nic moje redy — myślą sobzie — lepsi dom sia na pokój i banda robziuł tak, jek bym siedzioł łu matki za psiecam". Aż tu po welunkach przychodzo do mnie ludzie i łopoziedujo, że w Jonsdorsie nie poszło welować 100 ludzi, w Mokinach sto zostało łu matulki, w Gietrzwałdzie, w Purdzie, w Dajtkach i drugich zioskach to samo. Ludziska bodaj sia pomanczyli po tak czajstych welunkach! Prosili ma też: „Kubolku kochany jeno psisz, łoni sia na drugi roz naprazio!" Ale jo sia łuperłem i mózia nie! Jo musza Woju łobsztrófować.

I tak sia też stało. Bułem łu tych Ryfów w Afryce i dobrze mi sia miało. Jek te Ryfy zidzieli, że Hiszpanie łuciekajo, chcieli mnie łobwołać królem, jeno że mniołem sia zaro łobabzić, bo łoni chcieli też królowe. Zol mi buło mojego stanu kawalirskiego i chociaż tam byli szykowne dziewczaki, to jednak psianknie im podziankowołem za ta łaska i wyjechołem na gody... pod Wartemborkiem. W domu leżało gwołt listków. Łod frajlin, bziałków, chłopów i łod pana redaktora. Wciórcy mocno mnie proszo, żebym znowu godoł. Nie godołbym do Waju już ani razu, gdyby nie buł pon redaktor tak łokrutnie prosiuł i przypominoł, że to „dla dobra sprawy" itd. Jo zawsze móziułem, że jek z musam to wola już frajwolnie. I tak godom dzisiaj do Waju po blisko 4 tygodniach po roz psierszy. Winszuja Woma, żeśta szwanta dobrze przeżyli, że Woma gwiozdór włożuł wszystko, cośta sobzie winszowali, żeśta wszystka sznaptucha, cośta sobzie kupsili, wypsili i żeśta sia nie rozchorowali łod tych kaczków, gulonów, gajsi i wosztów, cośta przez tyk świąt zjedli. Dlo mnie gwiozdór buł trocha skompy, bo móziuł, że worek z psieniandzmi łobłożuł mu finanzamt aresztem i że mi nic nie może dać. Za to łuroczułam sia rumam i cygarami, co mi pon redaktor przysłali na zachenta. Pon redaktor znoją sia na rzeczy i wiedzo najlepsi, jek to sia człozieka poprosi.
Musza Woma poziedać, że chocam sia z tych welunków najadoziuł, to jenak tyle sia nienaśmiołam, jek przed welunkami a osoblizie z wiców, które fabrykował mój froint i kupfersztecher Maksek łod hejmadienstu w swojich „Nachrichtach". Pewnie dostał dobrze na łapa, że mók dać wydrukować te blaciki i dać je rozdawać przez szulmistrzów. Choć on mo jeno gluzda w głozie, to jek mu jego staro droszka doleje serwetki i dobrze pomieszo, to mu sia czasem łudo co sklejić. W numerze draj od tych nachrychtów znowu mnie fajn łodmalował, a na drugi stronie namalował jeszcze chałupa ze szennem na dachu i durami w ścianach. Musita ziedzieć, że Maksek ibuje sia tero i w mularce. Buduje łon tyjater mniemniecki w Łolstynie, a jek łon tam para tysiancy zbzierze, to pobuduje na drugi stronie łod tego tyjatru, tam gdzie tero stoji ten stary kryger willa, tak jek jo zidzita w tych „Nachrychtach". A zieta, na co łon sobzie zostazi te dury w ścianie i dachu? Na to, żeby buł luft i żeby jego bziałka nie łumerła łod tych syrów. Psies może łod takiego smrodu dostać kromfy, a co dopsiero człoziek. Cychunek łod tego „szlosu" na pewno pochodzi z Brandenburgii, nie z Polski. Maksku, ty mnie nie obmachlujesz?

Ale przepraszam! Jek powróciulem z Afryki, doziedziołem sia, że most kojński został załatany. Czy to stało sia dlatego, że ministry kojńskie przeczytali moje godanie, czy też pon landrat dół im winka, nie ziam. Grunt, że sia stało. A tero moji kochani winszują woma, żebyśta sia w tym nowym roku na pewno naprazili i nie robzili ma tyle kłopotu. Czytojta też mocno nasza gazeta, która chce tyło naszego dobra i prowadzi noju na rychtyczna droga, a zobaczyta, że łu noju niejedno da sia jeszcze naprazić. Jeno nie spuszczać nosa i czekać, aż psieczone gołombki same przyleco do gombki. Zdrowego i szczanśliwego Nowego Roku i wciórkiego dobrego winszuje woma.
Kuba spod Wartemborka

„Gazeta Olsztyńska" nr 150—sobota, 30 kwietnia 1928 roku

W tych dniach byłem w Olsztynie i przy tej okazji odwiedziłem pana redaktora. Chciałem odebrać od niego moje myto, no i pogadać o dalszej pracy politycznej. Pan redaktor siedział bardzo zafrasowany przy swoim biurku i nie wiedziałem początkowo czy jest przemęczony pracą, czy też odpoczywa po jakiejś uroczystości. Po kilkakrotnym dopytywaniu i naleganiu powiedział mi pan redaktor tak:
— Mój Kochany Panie Kubo! Chcą naju wywalić!
— Kogo i kto? — pytam się przerażony. — Czy pana redaktora chcą wylać do Polski?
— To wprawdzie nie, ale miasto chce naszą chałupę kupić i obalić, aby powiększyć rynek.
— No to co, dostanie pan redaktor inną chałupę i dobrze! Na to pan redaktor jął się żalić, że takiego drugiego położenia w mieście nie znajdzie, bo tutaj okolony jest w dni targowe śledziami, jajkami, masłem, rybami i innemi smakołykami. Gdy człek na ten przykład przyjdzie „zakatarzony" do pracy — kupi sobie za 5 fenigów śledzia, opłucze pod wodociągiem i zje, albo gdy się ma apetyt na jajecznicę, kupuje się jaj i masło, kładzie na patelnię itd. Piwka kupić można w restauracji „Zum Franziskaner". Jeżeli nas teraz wygonią gdzieś pod mały banhof albo na Georg Zuelch-Platz, to pozbędziemy się tych przyjemności.
— A czy miasto nie ma dla pana redaktora innego miejsca?
— Owszem panie Kubo! Zgłosiliśmy się po plac przy Rynku Remontowym, na którym chcieliśmy wybudować chałupę dla „Gazety". Ojczulkowie miasta chcieli bodaj się już zgodzić, ale jeden pan, którym nazwano ulicę przed budującym się dekmalem absztymunkowym — Sauerstrasse, a dawniejszy staw browarowy przechrzczono na Sauerteich, oświadczyć miał, że nowy dom „Gazety Olsztyńskiej" zastawiałby kościół św. Jakuba i zeszpeciłby Rynek Remontowy. Już raz trafił nas ten zarzut. Gdyśmy swego czasu powiesili na naszym korabie tablice z napisem „Gazeta Olsztyńska", którą malarz w natchnieniu nacjonalistycznym wymalował w kolorach wajs-rot, magistrat zaprotestował. Kolorami temi zeszpeciliśmy podobno widok miasta (das Stadtbild in groeblicher weise verunstaltet) i musieliśmy kolor biały zmienić na żółty.
— Łokropności, panie redaktorze! — zakrzyknąłem. Gdzie tu jest ta osławiona wolność pruska? Ale w ostatnim wypadku nie miał pan racji. Żyjemy w republice, więc burmistrz i ojczulkowie miasta jako znani republikanie dbać musieli o to, żeby jak najmniej widać było tych brzydkich wilhelmowych kolorów. Potem pocieszyłem pana redaktora i poprosiłem go, żeby poszedł ze mną na przechadzkę, niby szukać nowego lokalu dla „Gazety", a w rzeczywistości chciałem go zaprowadzić na inne myślenie. Gdy tak całe miasto przeszliśmy, skierowaliśmy nasze kroki pod Jakubowo. Tam podziwiałem plac Cylcha, Sauerteich, Sauerstrasse i dekmal apsztymunkowy. Chcieli dla miasta Olsztyna coś zrobić — etwas noch nie dagewesenes — wybudowali wiec na planu Cylcha wodotrysk świetlny. Cała budowa oświetlenia jest charakterystyczna dla osławionej w świecie tandety niemieckiej. Tak samo pomnik absztymunkowy, w którym napisano „Wir bleiben deutsch". Każdy Ruchacz Pokrzywiński czy inny Worgitzki może sobie przed tym pomnikiem przypomnieć swoją narodowość, gdyby go czasem pamięć opuściła. Gdyśmy te wszystkie „piękności" zobaczyli, poszliśmy na "jednego" do Jakubowa. Tutaj pan redaktor odzyskał swobodę i fantazję, opowiedział mi dowcip o Stefiku i Marynie, potem gadaliśmy o przyszłej pracy politycznej i dyplomatycznej, spędzając kilka miłych godzin.
Kuba spod Wartemborka


„Gazeta Olsztyńska" nr 41 — wtorek, 19 lutego 1929 roku

Moi Złoci! Strasznie mi markotno, że tak długo do Waju pisać nie mogłem. Nie moja jednak jest w tym wina, lecz przeszkodę odgrywa „vis major" czyli siła wyższa, którą jest mróz. Obiecałem Wam, że po teatrze w Olsztynie do Was napiszę. Więc chociaż już dwa tygodnie minęły, chce zło naprawić. Byłem w tej „Concordiji" i obejrzałem sobie ten tejater. Pomimo mrozu przybyło bardzo dużo ludzi, tak że pan Biegała otworzyć musiał dużą bramę. Amatorzy odegrali swoje role lepiej jak aktorzy niemieccy z trojdanku 3. Nie będę tutaj nikogo wyróżniał, tylko powiem „Bóg zapłać" za tę ucztę duchową. Jeno ten obżarty Fryc mi się nie spodobał. Chodził on z gnatem w ręku, jak gdyby chciał jeść na zapas. Pewnie miał strach postu. Po przedstawieniu była fest zabawa. Tańczyłem w lewo i w prawo prawie z wszystkimi frajlenami. Najgorzej było, gdy wróciłem do domu. Od „podpierania ściany" zrobiło mi się słabo. Idąc więc z Wartemborka do Łapki zmarzły mi uchole, zaschło gardło i gdy przybyłem do domu byłem prawie nieżywy.

Na drugi dzień ani rusz, ani ręką, ani nogą ruszyć nie mogę. Z gardła głos się wydobywa. Jeno patrzałem w pułap jak konające ciele. Gospodyni ręce załamuje, gospodarz klnie, bo zachciało mu się draszować — i stał się rwetes jak na jarmarku. Pierwsza odzyskała równowagę gospodyni. Posłała do Wartemborka po doktora. Ten oklepał mnie, obmacał, spojrzał do gęby i powiada — grypa.

Leczyli mnie więc na tę grypę aspiryną, rumienkiem, rumem i arakiem. Zdaje mi się, że ostatnie dwie medycyny najlepiej mi poskutkowały. Za trzy dni ruszyłem lewą nogą, za pięć dni prawą, a po dziesięciu rękami i nogami. Za późno pomniarkowałem się, że poruszyłem się za prędko. Bo jak tylko gospodyni spostrzegli, że żywot mi się naprawia, zaraz poczęli przyniewalać mnie do roboty. Wstałem więc i jako pierwsze co zrobiłem, to piszę do Waju. Z tym mrozem jest brzydka sprawa. Był u mego gospodarza handlarz, który chciał kupić prosiaka. Gadu, gadu stary dziadu. Od handlu i prosiaka temat zeszedł na mróz, a rzeźnik członek heimatdienstu — zaczął opowiadać, że to Polska jest temu winna, iż taki mróz ściągnął do dajczlandu. Słysząc takie mądrości aż mi ręka zaczęła świerzbić, lecz byłem cicho i słuchałem dalej: Ja, ja5 powiada ów handlarz, die Polacken haben den Frost angehalten un schiekenen nur bei uns. Co ma znaczyć, że Polacy wstrzymali mróz najprzód u siebie (pewnie wpakowali go do worka) i teraz puścili na Vaterland. Wszystkie porty i rzeki zamarzły, jeno w Gdyni bodaj lodu nie ma. W ogóle ci Polacy to straszny naród. Bodaj szkoły mają oni dostać w Ostprojsach, a jak wszystkie dzieci będą musiały mówić i pisać po polsku, to już na pewno faterland zginie. Gdy się tak nagadał, znów zaczął się domawiać o prosiaka. Ja mrugnąłem na gospodarza, że ma dać spokój. Usłuchał mnie, lecz wtenczas ów handlarz (mnie się zdaje, że to był agentator) zaczął opowiadać, że jeszcze dziś gospodarz dobrze sprzedać może, dziś da mu jeszcze 50 marek za centnar. Jak dopiero przyjdą świnie z Polski, to centnar będzie kosztował tylko 25 marek. Gdy jednak gospodarz nie dał się skusić, poszedł ów powsinoga, odwitując się pięknie: „Ir seit och solche Polacken". Grabnąłem za kloc, lecz był on już za drzwiami. Moja gospodyni znów powiada, że mróz to kara Boża dla tych niewiast, które chodzą w spódniczkach ponad kolana, w jedwabnych pończochach i gołych szyjach. Mróz ma je nauczyć rozumu, żeby się cieplej ubierały, jak nie przymierzając nasze babki. Ja w tej kwestji głosu nie zabiorę, żeby sobie nie sparzyć nosa. Pan redaktor telegrafują mi, że ojczulkowie miasta zgodzili się na zakup budynku, w którym jest drukarnia i redakcja „Gazety" i że tam pozostanie dalej mieszkać. Mądrze zrobili ojczulkowie miasta Olsztyna, bo przecież "Gazecie" tam dobrze. Położona w centrum miasta, otoczona targami na masło, jajka, kokoszę, śledzie i ryby. Do restauracji i po papierosy niedaleko.
— Kto Waju skusił, panie redaktorze, iść tam gdzieś do małego banofu lub też na Rynek Remontowy? Siedźcie, gdzie Wam dobrze, a nie szukajcie piernika, jeżeli macie cołtę. Jak przyjadę do Olsztyna, to zresztą nad tą sprawą pogadamy. Dostałem zaproszenie na zjazd Ligi Narodów, który odbyć się ma w marcu w Genewie. Będą tam omawiane bardzo ważne sprawy, dotyczące mienowicie mniejszości narodowych. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to jeśli mróz nie popuści, wyjadę. Niektórzy astrolodzy prorokują, że będziemy mieli mrozy do połowy marca. Gdy jednak nastąpi odwilż, muszę zostać w domu i pilnować gospodarki. Zobaczymy, co nam pogoda przyniesie. Do tego czasu odwituje się z Wami
Kuba spod Wartemborka

roc